My Little Pony: A Maretime Bay Adventure – Recenzja

My Little Pony: A Maretime Bay Adventure – Recenzja

15 wyświetleń
0

Marka My Little Pony jest znana każdemu. Nie wierzę, by nie było osoby, która chociaż nie słyszała tej nazwy. Nic w tym dziwnego, bo kucyki to prawdziwy światowy fenomen, którego początków możemy doszukiwać się w 1983 roku. Wszystko zaczęło się od zabawek, do których wypromowania postanowiono wykorzystać powszechny format kreskówek. I w ten sposób praktycznie co jedno dziesięciolecie dostajemy jedna Generację kucyków. Dla łatwiejszego zrozumienia uznajcie każdy początek Generacji za reboot całej serii. Oczywiście My Little Pony od początku było skierowane do dziewczynek, jednak w 2010 roku wraz z początkiem 4 Generacji stało się coś nietypowego. Wśród widzów tej bajki pojawili się dorośli fani, którzy zyskali miano bronies(Połączenie słów “bros” i “ponies“). Wywołało to wiele burz i dyskusji w mediach, ale to w tej recenzji bez znaczenia. Tak czy owak, popularność tego show wystrzeliła jak szalona, a we wrześniu 2021 roku byliśmy świadkami narodzin prologu 5 Generacji. Pół roku później, dzień po 1 odcinku serii animowanej dostaliśmy w swoje ręce oficjalną grę sygnowaną tąże marką i generacją.

Źródło: Outright Games

FedEx: The Game

Fabuła gry ma miejsce niedługo po wydarzeniach z filmu kinowego “A New Generation” i 45-minutowego speciala “Make Your Mark”. Znajomość tych dwóch nie jest obowiązkowa do rozpoczęcia rozgrywki. Nawet osoba, która za bardzo nie zna uniwersum bez problemu się tu odnajdzie. Jednakże ze znajomością marki o wiele łatwiej wychwycić kilka nielicznych smaczków.

W grze wcielamy się w ziemskiego kucyka o imieniu Sunny, czyli główną bohaterkę całej serii animowanej. I ciężko mi tu cokolwiek powiedzieć o historii, bo ta praktycznie nie istnieje. Wiemy, że trwa kucykowe święto i tyle. Po prostu idziemy przed siebie, spotykamy kucyki w potrzebie, wykonujemy powtarzające się czynności. Gdzieś tam w tle jest niby niecna intryga, której kulminacje mamy na samym końcu. Ale jeśli mam być szczery to jest ona wepchnięta na siłę. Po drodze spotykamy pozostałą piątkę głównych kucyków, skaczemy po prostych platformach, zbieramy opcjonalne kryształki i tyle. Całą grę przeszedłem i wymaksowałem w zaledwie 2 godziny i 40 minut. Nie liczyłem na nic długiego, ale to już jest skandalicznie krótka gra.

Niestety praktycznie wszystkie zadania jakie dostajemy to misje kurierskie, czyli typowe FedEx’y. Żeby pchać historię do przodu musimy najpierw pójść do kogoś po coś i wrócić z tą rzeczą do punktu wyjścia. W trakcie fabuły, w odpoczynku od bycia tragarzem, mamy też małe odskocznie w formie mini-gierek, o których opowiem już za moment.

Źródło: Outright Games

Mała gra za małe pieniądze

Jak już wspomniałem całą produkcję przeszedłem w niecałe 3 godziny i choć fabuła praktycznie nie istnieje, to w całej reszcie można dostrzec potencjał i porządnie wykonane elementy. Niech tutaj przykładem będzie projekt poziomów. Miasteczko Maretime Bay zostało ładnie odwzorowane, a tereny pozamiejskie potrafią cieszyć oko. Natomiast elementy platformowe zostały wykonane porządnie. Podobnie jest zresztą z tym, jak nasz kucyk się porusza – przyjemnie i responsywnie. Niestety mimo tego wszystkiego cała mapa jest niesamowicie mała i niewiele można na niej zrobić po ukończeniu głównego wątku. Gdy już zbierzemy wszystkie kryształki, a tym samym odblokujemy wszystkie części garderoby, gra przestaje oferować cokolwiek. Możemy co najwyżej uruchomić którąś z mini-gierek, ale te działają też z poziomu menu głównego.

W grze występuję również skąpa customizacja naszej Sunny. Do wyboru mamy cztery kategorie: głowa(czapki, kapelusze), twarz(okulary), szyja(naszyjniki i szale) i ciało(m.in plecaki, skrzydła); a każda zawiera po 8 elementów, które odblokowujemy albo wraz z rozwojem fabuły, albo po zebraniu odpowiedniej ilości kryształków. Edycja wyglądu naszego kucyka jest bardzo ograniczona, ale nawet sprawia frajdę.

Źródło: Outright Games

Mini-gierek, w których możemy wziąć udział sami albo w towarzystwie drugiego gracza technicznie jest pięć, a w praktyce cztery i pół. Każdą taką krótką zabawę odblokowujemy w trakcie historii. Podobnie jest z kucykami, których do wyboru mamy sześć.

Pierwsza gierka to wyganianie króliczków z zagrody. W ciągu określonego czasu musimy zaliczyć jak najwięcej plansz, na których bawimy się w psa pasterskiego. Utrudnieniem mogą być spowalniające nasze ruchy kamienne połaci terenu oraz dziury, w które króliki mogą czmychnąć. Całkiem proste, ale muszę się przyznać, że osiągnięcie trzeciej i maksymalnej korony zajęło mi wiele prób. Druga mini-gierka jest niemal identyczna. Z tą różnicą, że na planszy oprócz królików mamy też drugą bramkę przeznaczoną dla krabów.

Trzecia zabawa to gra rytmiczno-taneczna, w której musimy w odpowiednim momencie klikać wyskakujące na ekranie przyciski. Niestety, ale nie mamy wyboru piosenek i musimy zadowolić się tylko jedną, która, tak zgadliście, szybko się przejada.

Dalej możemy wziąć udział w czymś, co nazywam Kucykopterem. Pamiętacie Hugo i grę Hugokopter? Obie gry są niemal identyczne. Choć ta pierwsza jest o wiele bardziej prymitywna od telewizyjnego odpowiednika. Ot lecimy jednym z trzech kucyków, zbieramy obręcze i unikamy balonów. Poruszamy się strzałkami po trzech torach – lewym, środkowym i prawym.

Ostatnia mini-gierka to w zasadzie bieg z przeszkodami. Na trasie pojawiają się co jakiś czas skrzynki i króliczki, które musimy przeskakiwać. W tym przypadku mamy do dyspozycji tylko przycisk skoku, który musimy kliknąć w odpowiednim momencie.

Źródło: Outright Games

Jak więc widzicie gra jest łatwa, niesamowicie krótka, mała i uboga. Jednak warto tu pamiętać, że jest to produkcja skierowana przede wszystkim do dzieci, które prawdopodobnie dopiero zaczynają swoją przygodę z grami wideo i raczej rodzice będą pilnować, by nie przesiadywały przed tymi diabelskimi komputrami więcej niż kilkadziesiąt minut. Natomiast proste mini-gierki to fajny sposób na spędzenie paru minut ze swoją pociechą.

Co więcej, sama gra jest całkiem tania. W czasach, gdy ceny gier dochodzą do 339zł na premierę to te 140-170zł(zależnie od platformy) to bardzo niewiele. Tym bardziej, że coś czuję, że prędzej czy później będą znaczne przeceny. Druga strona medalu jest taka, że gdyby cena była choć trochę wyższa to oceny tego tytułu sięgałyby nieodkrytych dotąd liczb ujemnych, a Internet utonąłby od zalewu hejtu.

Źródło: Outright Games

Momencik! Mówicie, że JAKI mamy budżet!?

Dlaczego tak mówię o tej cenie? Cóż, niestety pod względem technicznym jest tu wiele niedoróbek. Nie mam zielonego pojęcia jak duży budżet studio miało na produkcję, ale z pewnością niewielki. Widać to nie tylko po ubogiej zawartości, o której już się rozpisałem, ale też po wielu kompromisach.

Jednak zacznijmy od pozytywów, bo te też są. Przede wszystkim muszę pochwalić twórców za optymalizację. Swoją kopię gry ogrywałem na konsoli Nintendo Switch i jeszcze przed premierą bałem się o stały klatkarz. Na szczęście praktycznie przez cały czas miałem 30 FPS. Poza dwoma czy trzema nieznacznymi spadkami w centrum miasteczka, gdzie było wiele obiektów i kucyków do wyrenderowania. Warto też tu powiedzieć nieco o animacja ciała i mimice, bo te mówiąc pół żartem, pół serio są zasadniczo lepsze niż w ostatnio wydanym specialu “Make Your Mark“.

Niestety w opozycji do ogólnej animacji mamy do czynienia z tak zwany lip sync’iem, czyli synchronizacją głosu postaci z ruchem jej ust. Chyba nic nie przeszkadzało mi tak bardzo w tej produkcji jak właśnie to. Wygląda to tak, jakby ruch ust został stworzony pod jeden dubbing, ale po chwili zdecydowano się podłożyć zupełnie nowe głosy. Strasznie razi w oczy.

W uszy w sumie też, bo angielski dubbing jest, cóż… Nie jest to dubbing najwyższych lotów. Warto tu wspomnieć, że sama gra ma pełną polską wersję językową. Postanowiłem ją przetestować i ostro tego pożałowałem. To najprawdopodobniej jeden z najgorszych polskich dubbingów w historii gier wideo. Już lektor z Google Translator lepiej by się sprawdził.

Źródło: Outright Games

A co z muzyką w tle? Ta jest, ale po paru sekundach ma się jej już po dziurki w nosie. W większości przypadku to proste pętle dźwiękowe.

Został nam jeszcze jeden aspekt do omówienia – aspekt wizualny. Pod względem graficznym gra jest strasznie nierówna. Z jednej strony widzimy naprawdę ładne i bajkowe obrazy, a z drugiej wszystko wygląda jakby żywcem wyjęte z ery Playstation 3 i Xbox’a 360. Jest też wiele niewyraźnych i nieostrych modeli, ale te prawdopodobnie mogą wynikać z ograniczeń sprzętowych Switcha. Niestety nie mam porównania z innymi platformami.

Mój mały kucyk, mój małyyy kuuuucyk…

Nie zrozumcie mnie źle. Widać tu masę cięć budżetowych od strony technicznej, a zawartość jest niesamowicie uboga. Ale z drugiej strony wszystko działa bardzo dobrze. Moim zdaniem twórcy wszystko dobrze sobie przemyśleli i mądrze rozdysponowali środki finansowe na najważniejsze aspekty produkcji.

Koniec końców bawiłem się fenomenalnie! Miło było pozwiedzać Maretime Bay i pokierować ulubionymi kucykami. Żałuję tylko, że gra skończyła się tak szybko.

Recenzja oparta o kopię gry na konsolę Nintendo Switch. Gra została zakupiona przez recenzenta osobiście.

6.0

Ocena autora

Podsumowanie

Oprawa audiowizualna
6.0
Gameplay
6.5
Optymalizacja
6.5
Fabuła
5.0
Ocena ogólna
6.0
Zalety
  • Chwila relaksu z ulubionymi kucykami

  • Fajnie odwzorowane miasteczko Maretime Bay

  • Idealna dla młodszego odbiorcy

Wady
  • Brak synchronizacji głosu z ruchem ust

  • Skandalicznie krótka i uboga!

  • Kompletnie niewykorzystany potencjał marki

Twój adres email nie będzie publikowany. Wymagane pola są oznaczone *