0

Każdy, kto interesuje się japońską popkulturą, a w szczególności anime, z pewnością zna określenie „isekai”. To popularny nurt opowiadający, w dużym uproszczeniu, o losach bohatera przeniesionego z jednego świata do drugiego. Często jest nim zwyczajny szaraczek z naszej nudnej współczesności, który trafia do krainy fantasy, gdzie czekają na niego wielkość, niezwykłe moce i przygody. A przynajmniej na ogół.

I choć w ramach tego nurtu powstało niewątpliwie wiele wspaniałych dzieł, jego przytłaczającą większość stanowi powtarzalny chłam robiony na jedno kopyto. Widać to tym bardziej, że isekaie zdominowały sporą część japońskiej popkultury, a kolejne produkcje tego typu wyrastają jak grzyby po deszczu. Nic więc dziwnego, że wiele osób patrzy na nie z mieszaniną pogardy i pobłażania. Dzisiaj jednak nie o tym, lecz o pewnej isekaiowej tradycji. Zdecydowana większość podróży do innych światów rozpoczyna się bowiem od potrącenia bohatera przez ciężarówkę. Na ten temat powstało już mnóstwo żartów, a sam ten niemal multiwersalny byt ochrzczono prześmiewczym mianem Truck-kuna.

Truck kun is Supporting Me from Another World!, którego recenzję właśnie czytacie, odwraca ten utarty schemat. Tym razem wcielamy się w samego Truck-kuna, który szaleje po miejskich ulicach i rozjeżdża Bogu ducha winnych ludzi, aby wysyłać ich do innych światów.

It’s Isekai time!

Poznajcie Carisse. Ta młoda i piękna kobieta poświęciła naprawdę wiele, by osiągnąć sukces w życiu. Gdy wszystko wreszcie zaczynało się układać, a przyszłość nabierała kolorów, znienacka potrącił ją dostawczak. Dziewczyna zginęła na miejscu, lecz nie był to koniec jej historii. Odrodziła się jako różowłosa elfka w świecie fantasy, gdzie otrzymała zadanie pokonania złego Kościanego Króla. Skubana znalazła jednak sposób, by skontaktować się z poprzednim światem, a dokładniej z kierowcą dostawczaka. Następnie zmusiła go do współpracy oraz pomocy w swojej wielkiej misji, której ostatecznym celem jest powrót do rodzinnej rzeczywistości.

W samym kierowcy nie ma niczego szczególnego. To zwyczajny szaraczek, który dopiero po wypadku odkrył, że jego ciężarówka jest magicznym teleporterem międzywymiarowym. Chcąc odpokutować swoje winy, postanawia pomóc biednej bohaterce w jej krucjacie. Może to zrobić poprzez isekaiowanie do jej świata kolejnych ludzi, którzy odradzają się tam jako potwory. Carissa walczy z nimi, stopniowo rośnie w siłę i krok po kroku zbliża się do swojego nieumarłego nemezis. Czy to moralne? Raczej nie. Czy zabawne? Jak najbardziej.

Fabuła przedstawiana jest w sposób standardowy dla visual novel, czyli za pomocą bloków tekstu oraz dwuwymiarowych sprite’ów ukazujących reakcje postaci. Choć podczas kolejnych ekspozycji co jakiś czas usłyszymy o postępach Carissy w jej misji, większość dialogów skupia się na relacji między bohaterami. Obserwujemy, jak stopniowo coraz lepiej się poznają, a między nimi rodzi się więź, którą można określić jako połączenie partnerstwa i przyjaźni. Niestety oboje są przy tym wyjątkowo generyczni i jestem niemal pewien, że za góra tydzień nie będę już pamiętał o ich istnieniu. Mimo to lekkość, z jaką podano całość, sprawia, że ich losy i rozmowy śledzi się z przyjemnością.

Sama historia jest pełna dziur fabularnych, drobnych nieścisłości i sporych uproszczeń, jednak podczas rozgrywki właściwie nie zwraca się na nie uwagi. To zasługa luźnego, humorystycznego podejścia do przedstawianych wydarzeń oraz częstego, lecz subtelnego łamania czwartej ściany. Twórcy chętnie komentują zarówno utarte schematy gatunku, jak i absurdy współczesnego świata. Nie spodziewałbym się jednak po tej opowieści większej głębi. To gra nastawiona przede wszystkim na humor.

U swoich podstaw gra jest bardzo prosta i nastawiona przede wszystkim na regrywalność. Czuć w niej pewne inspiracje legendarnym już Carmageddonem, choć całość utrzymano w znacznie bardziej kolorowej i przyjaznej estetyce. Rozgrywkę można by więc podsumować jednym zdaniem: jeździmy po otwartej mapie, przejeżdżamy ludzi i nabijamy jak najwyższy wynik.

No dobrze, może nie do końca.

Przejeżdżając ludzi, wysyłamy ich do świata fantasy, gdzie odradzają się jako potwory, z którymi musi walczyć Carissa. Bidula jest jednak dość słaba, więc również w starciach potrzebuje naszej pomocy. Rozwalając elementy otoczenia oraz siejąc chaos i zniszczenie, ładujemy specjalny atak, który potrafi wyeliminować nawet kilku przeciwników jednocześnie. Za każdą określoną liczbę pokonanych wrogów otrzymujemy gwiazdkę. Cała rozgrywka kręci się więc wokół wyśrubowania jak najwyższego wyniku poprzez zebranie ich możliwie największej liczby. Trzeba jednak pamiętać, że przez cały czas nieubłaganie tyka zegar. Gdy czas dobiegnie końca, nasz run natychmiast się kończy.

Samo rozjeżdżanie ludzi i nabijanie wyniku mogłoby jednak dość szybko się znudzić, dlatego gra oferuje również dodatkowe cele, które wykonujemy w trakcie każdego podejścia. Są one dobierane losowo, a jednocześnie możemy mieć aktywne maksymalnie trzy. Ich listę znajdziemy w prawym górnym rogu ekranu. Realizowanie tych zadań nagradza nas nie tylko kolejnymi gwiazdkami, lecz także cennymi sekundami dodawanymi do nieustannie kurczącego się limitu czasu. Trzeba jednak uważać, ponieważ im więcej celów wykonamy, tym większe zainteresowanie wzbudzimy wśród policji. Stróże prawa ruszą za nami w pościg i spróbują staranować nasz samochód. Na szczęście, a może właśnie na nieszczęście, policja stanowi tutaj mniej więcej takie zagrożenie jak muszka owocówka przeszkadzająca podczas robienia kanapek.

Na mapach, poza biednymi pieszymi czekającymi na przejechanie oraz elementami otoczenia proszącymi się o zniszczenie, znajdziemy również zadania kurierskie przypominające przewożenie klientów z Crazy Taxi. Wystarczy dotrzeć do punktu odbioru, zabrać paczkę, a następnie dostarczyć ją we wskazane miejsce. Każde pomyślnie zrealizowane zlecenie nagradzane jest kolejną gwiazdką.

Niestety przez całą grę przyjdzie nam przemierzać zaledwie jedną mapę, która na dodatek nie należy do największych. Trzeba jednak przyznać, że zaprojektowano ją z pomysłem. Jest pełna różnorodnych i charakterystycznych miejsc, dzięki czemu bardzo szybko można nauczyć się jej na pamięć. Ma to spore znaczenie podczas kolejnych prób wyśrubowania coraz lepszych wyników.

Na każdym kroku natrafiamy na specjalne obiekty do zniszczenia, bonusy wydłużające limit czasu, pola zapewniające chwilowe przyspieszenie, a nawet absurdalne rampy pozwalające wzbić się wysoko w powietrze. To gra, która nawet nie próbuje udawać realistycznej. Zamiast tego stawia na szybką, szaloną i całkowicie absurdalną jazdę bez trzymanki. Aż przypominają się stare, dobre czasy podobnych produkcji sprzed ponad dwudziestu lat.

Nie zmienia to jednak faktu, że nadal mówimy o jednej niewielkiej mapie, a to zdecydowanie za mało. Ta gra wręcz prosi się o większą liczbę lokacji.

W całym tym pomyśle na rozgrywkę kryje się sporo uroku, a sama zabawa potrafi dostarczyć niemało frajdy. Problem w tym, że przez skromną zawartość, na czele z brakiem dodatkowych map, gra zaczyna nużyć już po godzinie. Oczywiście można bawić się niemal w nieskończoność, rywalizując z samym sobą i próbując pobijać kolejne rekordy, ale nawet tutaj nie widzę większego potencjału na dłuższe posiedzenia. Obecnie jedynym konkretnym powodem, by spędzić z grą więcej czasu, pozostaje chęć ukończenia historii i zobaczenia napisów końcowych. Choć te można zobaczyć i tak już po 3 godzinach.

Warto jeszcze wspomnieć, że jedynym sposobem na robienie postępów w fabule, a więc odblokowywanie kolejnych rozmów między bohaterami, jest realizowanie tak zwanych kamieni milowych. Są to nieco większe cele, które w większości przypadków przenoszą się z jednego runu do następnego. Sam pomysł nie jest zły. Kamienie milowe pozwalają stopniowo rozwijać historię, a jednocześnie zachęcają do kolejnych sesji rozjeżdżania przechodniów. Problem w tym, że kompletnie nie czuć w nich odpowiedniego balansu. Niektóre wykonuje się błyskawicznie i z tak dużym zapasem, że ich wyniki potrafią wystarczyć niemal do końca gry. Inne sprawiają natomiast wrażenie prawdziwych Herkulesowych prac, wymagających wielu minut żmudnego i nużącego powtarzania tej samej czynności.

Od strony technicznej jest za to całkiem nieźle. Nie natknąłem się na żaden poważniejszy błąd, a gdyby jakimś cudem udało nam się gdzieś utknąć, gra oferuje specjalny przycisk pozwalający natychmiast wrócić na ulicę. Bardzo dobrze wypada również optymalizacja. Na jednej z mocniejszych dostępnych obecnie konfiguracji sprzętowych, przy najwyższych ustawieniach graficznych i w rozdzielczości 4K, gra ani razu nie spadła poniżej 140 klatek, często utrzymując się w okolicach 200 fps. To naprawdę imponujący wynik, choć trzeba zaznaczyć, że nie mamy tu do czynienia ani z wyjątkowo piękną oprawą, ani z gigantyczną mapą pełną skomplikowanych elementów. Niestety pod tym względem pojawia się również jeden dość irytujący problem. Za każdym razem, gdy korzystamy ze specjalnej umiejętności taranowania/zrywu, aby niszczyć wozy policyjne lub bardziej wytrzymałe elementy otoczenia, występuje wyraźne i uporczywe przycięcie obrazu.

Skoro już wspomniałem o oprawie graficznej, powtórzę to raz jeszcze. Gra jest po prostu brzydka. Oczywiście nie na tyle, by nie dało się na nią patrzeć, ale wyraźnie trąci myszką. To poziom grafiki, którym mogłyby pochwalić się produkcje z czasów PlayStation 2. Ktoś mógłby powiedzieć, że twórcy świadomie postawili na minimalizm, a może nawet i retro. W porządku, tylko że i takie stylistyki również mogą być ładne, spójne i estetyczne. Tutaj zdecydowanie tak nie jest. Na szczęście całość pozostaje kolorowa, a podczas dynamicznej jazdy bez trzymanki rzadko mamy czas, by przyglądać się brzydkim modelom czy nieostrym teksturom.

Ze ścieżką dźwiękową wiąże się niewielki zgrzyt. Utworów przygrywających nam podczas rozjeżdżania setek Bogu ducha winnych ludzi jest zaledwie kilka, co bardzo szybko daje się zauważyć. Trudno też powiedzieć, by miały one jakąś wyrazistą tożsamość, choć twórcy wyraźnie starali się je od siebie odróżnić. Mimo wszystko jako dynamiczne, momentami celowo drażniące tło sprawdzają się całkiem nieźle. Co ważne, pomimo niewielkiej liczby utworów muzyka nie zaczyna męczyć tak szybko, jak można by się tego spodziewać. Być może częściowo wynika to jednak z faktu, że sama gra jest bardzo krótka.

Nie mogę powiedzieć, żebym przy Truck kun is Supporting Me from Another World! bawił się źle. To całkiem solidny, niewielki indyk, który przez pewien czas potrafi dostarczyć sporo frajdy. Największym problemem pozostaje jednak skromna zawartość oraz szybko wkradająca się monotonia, która z czasem zaczyna przypominać zwyczajny grind. Tylko gracze naprawdę zainteresowani poznaniem historii do końca wytrzymają z tym tytułem bite 3 godziny. Pozostali prawdopodobnie już po pierwszej godzinie uznają, że zobaczyli właściwie wszystko, co gra ma do zaoferowania.

Poza komputerami osobistymi i konsolami Xbox chętnie zobaczyłbym ten tytuł również na Switchu, a nawet na starszych retro konsolach, do których jego prosta i zręcznościowa formuła pasowałaby wręcz idealnie. Problemem jest jednak cena wynosząca wysokie 59,99 zł (Steam) bądź groteskowe 92,49 zł (Microsoft Store), która nijak nie odpowiada ilości oferowanej zawartości. Mimo wszystko, gdy gra trafi na porządną promocję, warto będzie rozważyć jej zakup. W obecnej cenie trudno mi ją jednak z czystym sumieniem polecić.

Recenzja oparta o wersję gry na PC (Steam).
Kopia gry do recenzji została dostarczona przez wydawcę.

6.0

Ocena autora

Podsumowanie

Grafika
4.5
Udźwiękowienie
6.0
Gameplay
6.0
Fabuła
6.5
Strona techniczna
9.0
Ocena ogólna
6.0
Zalety
  • Lekka, humorystyczna i pozytywna atmosfera

  • Z początku sprawia całkiem sporo dobrej zabawy

Wady
  • Skromna pula utworów

  • Tylko jedna, niewielka mapa

  • Brzydka oprawa graficzna

  • Kiepski balans kamieni milowych

  • Stosunkowo szybko się nudzi

  • Uporczywy stuttering w trakcie korzystania z umiejętności zrywu

O autorze

Bartosz "Lisek Volsgen" Michalik

Redaktor of all trades. Gra we wszystko, co mu się nawinie. Niestety są to zazwyczaj symulatory sklepów. Wielki fan Persony, Undertale, Forzy Horizon i gier Hoyo. Fanatyk gier fabularnych RPG, takich jak Dungeons & Dragons, Warhammer Fantasy czy Zew Cthulhu.

Twój adres email nie będzie publikowany. Wymagane pola są oznaczone *