0

Minęło niemal trzynaście lat od premiery legendarnej już czwartej odsłony serii Assassin’s Creed z podtytułem Black Flag. Gra okazała się tak wielkim sukcesem, że Ubisoft postanowił pójść za ciosem i stworzyć zupełnie nową produkcję o piratach pod tytułem Skull and Bones. Jak na tym wyszedł? Cóż, to już zupełnie inna historia. Zresztą możecie o niej przeczytać w naszej recenzji dostępnej tutaj. W skrócie można powiedzieć, że nie była to zbyt udana produkcja.

Nie chcąc jednak całkowicie porzucać pirackich klimatów, Ubisoft ostatecznie zdecydował się sięgnąć po sprawdzone rozwiązanie i wydać remake wspomnianego Black Flaga. Tym razem gra została zbudowana na najnowszej wersji silnika Anvil, który napędzał między innymi niedawne Assassin’s Creed Shadows. Tylko czy taki remake ma dzisiaj w ogóle sens i rację bytu? A może to zwyczajny skok na kasę?

KAPITAN Edward Kenway

Zacznijmy od najważniejszego pytania. Czy remake zmienia cokolwiek w fabule oryginalnej gry? Swego czasu, podobnie jak niezliczona liczba innych graczy, spędziłem wiele wspaniałych godzin z pierwszym wydaniem Black Flaga. Było to jednak trzynaście lat temu, więc trudno oczekiwać, żebym pamiętał każdy szczegół. Porównując remake z archiwalnymi materiałami mogę jednak śmiało powiedzieć, że Black Flag Resynced jest tak wierny oryginałowi, jak tylko się da. Wszystkie dialogi, scenki przerywnikowe i misje pozostały na swoim miejscu.

Są jednak dwa wyjątki. Po pierwsze całkowicie pominięto historię Adéwalé, kwatermistrza Edwarda, którą mogliśmy poznać w dodatku DLC Freedom Cry. To jednak wciąż tylko rozszerzenie, więc trudno uznać to za poważną stratę. Znacznie ważniejsze jest to, co wycięto z podstawowej wersji gry. Twórcy zdecydowali się na całkowite usunięcie wątku współczesnego.

Z jednej strony szkoda, bo zawsze trochę boli świadomość, że z remake’u zniknęła jakakolwiek zawartość. Z drugiej jednak trzeba uczciwie przyznać, że ten element był potrzebny jak psu piąta noga. Był to okres, w którym Ubisoft najwyraźniej nie wiedział jeszcze, jak rozwinąć współczesną oś fabularną po zakończeniu historii Desmonda Milesa. Studio miotało się od jednego pomysłu do drugiego, czego efektem był wątek mało interesujący, pozbawiony charakteru i szybko porzucony w kolejnych odsłonach. Najpierw zastąpiono go nowym protagonistą, a później praktycznie całkowicie z niego zrezygnowano. Czy więc brak współczesnych sekwencji boli? Absolutnie nie. Nie tylko niczego istotnego przez to nie tracimy, ale cała opowieść zyskuje na spójności. Mimo wszystko pozostaje pewien niedosyt. Sama świadomość, że twórcy zdecydowali się na jakiekolwiek cięcia, po prostu wywołuje lekki żal.

Jednak nie wszyscy mieli okazję zagrać w oryginał. O czym więc opowiada Assassin’s Creed Black Flag Resynced? Gra przedstawia historię młodego i nieokrzesanego awanturnika Edwarda Kenwaya, który opuszcza rodzinny Bristol i wyrusza do Nowego Świata, na Karaiby, by zająć się korsarstwem, fachem równie niebezpiecznym, co dochodowym. W wyniku wydarzeń, które poznajemy już na samym początku rozgrywki, Edward porzuca korsarskie życie i przechodzi na pełnoprawne piractwo. Jednocześnie zostaje wplątany w trwający od wieków konflikt między Asasynami a Templariuszami. Black Flag to historia o niezaspokojonej, wręcz niekończącej się chciwości i ambicji, a także o tym, jak wiele potrafią one odebrać i zniszczyć. To również gra pełna świetnie napisanych, charyzmatycznych bohaterów, z których wielu inspirowanych jest prawdziwymi legendami piractwa grasującymi niegdyś po wodach Indii Zachodnich.

Gdy oryginalny Black Flag zadebiutował, niemal od razu został okrzyknięty świetną grą i zdobył zasłużone rzesze fanów. Co jednak ważniejsze, produkcja zyskała również miano najlepszej gry o piratach, a jednocześnie najgorszej gry o Asasynach. I choć w momencie premiery, patrząc na poprzednie części serii, takie stwierdzenie mogło wydawać się prawdziwe, tak z perspektywy czasu warto nieco je zweryfikować.

Pierwsza część tego twierdzenia pozostaje jednak niezmienna. Do dziś nie powstała lepsza gra o piratach i kropka. Czy jednak Black Flag rzeczywiście jest tragicznym Assassin’s Creedem? Otóż nie. Owszem, wcielamy się tutaj w pirata, który początkowo nie opowiada się po żadnej ze stron konfliktu, choć zostaje weń wciągnięty. Edward jest po prostu kimś z zewnątrz, kto trafił między młot a kowadło. Trzeba przyznać, że jest to nie tylko świeże spojrzenie na całą tę odwieczną wojnę, ale również podejście, które mimo wszystko pozostaje w fundamentach serii.

I choć nie chcę zabrzmieć jak stereotypowy boomer marudzący, że „kiedyś to było, a teraz już nie ma”, to takie są fakty. Black Flag miał więcej charakteru, własnej tożsamości, a przede wszystkim „asasynowatości” niż wszystkie nowsze odsłony serii razem wzięte. Żeby jednak nie było, cała trylogia RPG oraz najnowsze Shadows nie są złymi grami. To produkcje, które potrafią dostarczyć sporo przyjemności zarówno pod względem fabuły, jak i samej rozgrywki. Wracając jednak do głównego tematu, Black Flag pozostaje świetną odsłoną Assassin’s Creed, która jednocześnie podchodzi do znanego konfliktu w zupełnie odmienny sposób.

Całą historię śledzi się z ogromną przyjemnością, mimo że sama w sobie nie jest ani szczególnie odkrywcza, ani przesadnie oryginalna. Wielka w tym zasługa świetnie napisanych dialogów oraz wyrazistych, zapadających w pamięć bohaterów, z którymi naprawdę jesteśmy w stanie się zżyć. Największym atutem opowieści pozostaje jednak sam główny bohater. Edward Kenway jest charyzmatyczny, choć oczywiście trudno porównywać go pod tym względem z uwielbianym przez fanów Ezio Auditore. Co jednak najważniejsze, nie jest on typowym szlachetnym protagonistą. To zwykły, chciwy człowiek, który początkowo niewiele przejmuje się innymi. Jest gotów zrobić wszystko, a nawet poświęcić innych, byle tylko osiągnąć własny cel. Z czasem obserwujemy jednak, jak wszystkie decyzje zaczynają odbijać mu się czkawką. Przemiana Edwarda nie zachodzi nagle i nie jest wymuszona. To powolny, wyważony oraz niezwykle skutecznie poprowadzony proces, który być może nie zmienia go całkowicie, ale stopniowo kieruje na właściwe tory. Co istotne, historia ta potrafi wywołać w graczu naprawdę silne emocje. Nie chcę używać tutaj przesadnie wzniosłych określeń, ale losy Edwarda Kenwaya można potraktować jako pewnego rodzaju metaforyczną lekcję życia, którą każdy powinien mieć na uwadze.

Jednak nie ma róży bez kolców, a ten tytuł ma takowe dwa. Pierwszą bolączką są antagoniści. Nie powiedziałbym, że są oni fatalnie napisani albo że za chwilę całkowicie wylecą nam z pamięci. Co to, to nie. Problem polega jednak na tym, że mają stosunkowo niewielki impakt na fabułę, a ich czas antenowy jest na tyle ograniczony, że są nam zasadniczo obojętni. W efekcie pozostają raczej tłem dla osobistych losów Edwarda niż pełnoprawnymi przeciwnikami, których działania chcielibyśmy śledzić z zapartym tchem. Drugą kwestią jest kilka zadań pobocznych, które sprawiają wrażenie, jakby zostały udostępnione zbyt wcześnie. Chodzi przede wszystkim o to, że charakter i zachowanie Edwarda w tych misjach często bardziej pasują do jego późniejszego wcielenia, bliższego końcówce gry, niż do tego, jak powinien zachowywać się na danym etapie głównego wątku. Tworzy to pewien zgrzyt narracyjny, który momentami potrafi mocno wybić z immersji.

Jakby chcąc zrekompensować wyciętą zawartość związaną z wątkiem współczesnym, twórcy dodali kilka godzin zupełnie nowej treści. Nie są to jednak wyłącznie nowe elementy rozgrywki, ale przede wszystkim dodatkowe zadania fabularne. Tym razem możemy zrekrutować trzech oficerów na nasz statek. Ich obecność pozwala korzystać z przydatnych bonusów, które szybko czynią z Kawki prawdziwego pogromcę całych armad. Co więcej, każdy z kamratów posiada własną oś fabularną składającą się z kilku zróżnicowanych misji. Nowości nie ograniczają się jednak wyłącznie do historii naszych podwładnych. Ekipa z Ubisoftu przygotowała również dodatkowe zlecenia poboczne, a nawet całe rozdziały, które bardzo dobrze uzupełniają główną opowieść. Co ważne, pozwalają one także domknąć kilka wątków, które w oryginale sprawiały wrażenie niedokończonych. Nie są to przy tym zwykłe zapychacze. Nowe zadania zostały napisane zaskakująco dobrze. Jedno z nich naprawdę mnie poruszyło, podczas gdy inne zachwyciło niezwykle wyrazistym i zapadającym w pamięć antagonistą.

Refuj bukszpryt!

Od strony rozgrywki wyraźnie widać, że twórcy postawili na bezpieczne rozwiązanie. Nie próbowali przerabiać Black Flaga na kolejną odsłonę w stylu RPGowej trylogii. Zamiast tego postawili na maksymalną wierność oryginałowi, jednocześnie pozbywając się najbardziej archaicznych elementów i usprawniając to, co wymagało poprawy. Dla przykładu parkour jest teraz znacznie płynniejszy i bardziej wszechstronny, przypominając pod tym względem nowsze odsłony. Sporo zmian doczekał się również system skradania. Otrzymaliśmy nowe narzędzia oraz kilka przydatnych usprawnień, które sprawiają, że całość jest po prostu przyjemniejsza. W każdej chwili możemy przykucnąć i przejść do skradania, przeciwnicy reagują na hałas oraz niszczone elementy otoczenia, a warunki pogodowe i pora dnia wpływają na to, jak łatwo mogą nas dostrzec.

Mam jednak w tej kwestii jeden drobny zgrzyt. Na papierze wszystkie te zmiany brzmią świetnie, ale w praktyce momentami zwyczajnie utrudniają rozgrywkę. Przeciwnicy są zdecydowanie bardziej spostrzegawczy niż w oryginale. Czasami wręcz aż za bardzo. Potrafią zauważyć nas w ukryciu na drzewach, dachach, a sporadycznie nawet w gęstych krzakach. Z jednej strony trudno to uznać za wadę. Wrogowie zachowują się inteligentniej, a my musimy uważniej obserwować otoczenie i rozsądniej planować swoje działania. Z drugiej strony poziom ich czujności bywa momentami przesadzony, przez co osoby przyzwyczajone do rozgrywki ze starych odsłon mogą poczuć zwykłą frustrację.

A co z walką wręcz, gdy do głosu dochodzą miecze i pistolety? Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że względem oryginału nie zmieniło się praktycznie nic. Dla jednych będzie to ogromna zaleta, dla innych równie duża wada. Nadal mamy do czynienia z systemem, w którym możemy naparzać we wrogów do skutku albo cierpliwie poczekać na ich atak, sparować go i wyprowadzić zabójczą kontrę. Ponadto dodano ostrzegawczy błysk tuż przed wyprowadzeniem ciosu, sygnalizując idealny moment na kontrę. Brzmi jak niepotrzebne ułatwienie? Być może. Niemniej jestem w stanie zrozumieć, dlaczego zdecydowano się na takie rozwiązanie. Choć sam system walki pozostał bardzo podobny, w praktyce wcale nie jest łatwiejszy. Oczywiście nadal trzeba się postarać, żeby zginąć, ale okno czasowe na wykonanie idealnego parowania jest teraz wyraźnie krótsze. Jeśli nie trafimy w odpowiedni moment, nie wykonamy zabójczej kontry. Zamiast tego w najlepszym przypadku jedynie zachwiejemy obroną przeciwnika, czyniąc go bardziej podatnym na kolejne ciosy.

Co warto nadmienić, przeciwnicy posiadają teraz wskaźnik obrony. Czasami da się go ominąć i od razu zadać obrażenia, jednak znacznie częściej najpierw musimy przełamać ich gardę, aby odsłonić ich na nasze ataki. To jednak nie koniec zmian. Wrogowie przestali wreszcie grzecznie czekać na swoją kolej. Gdy zostaniemy otoczeni, ataki mogą nadejść z każdej strony i praktycznie w każdej chwili. Oznacza to, że przez cały czas musimy zachować czujność, odpowiednio korzystać z uników i kontr oraz wiedzieć, kiedy możemy pozwolić sobie na bardziej agresywne zagranie. Wystarczy bowiem jedna błędna decyzja, zwłaszcza na wyższych poziomach trudności, aby stracić sporą część paska zdrowia. Na szczęście twórcy oddali nam do dyspozycji kilka nowych narzędzi. Możemy kopnięciem odepchnąć przeciwnika, podciąć go i przewrócić, otwierając sobie drogę do kolejnych ataków. W starciach przydają się również silne ciosy, strzały z pistoletów oraz linka, która pozwala przyciągnąć przeciwnika niczym Scorpion z Mortal Kombat. Możliwości jest naprawdę sporo. Walka zachowała charakter klasycznych odsłon Assassin’s Creed, ale jednocześnie stała się płynniejsza, bardziej wymagająca i przede wszystkim znacznie dynamiczniejsza.

Dobrze, ale czym byłaby gra o piratach bez możliwości żeglowania, toczenia morskich bitew, dokonywania abordaży i grabienia napotkanych statków? Oczywiście wszystkie te elementy powracają również w remake’u. To właśnie one przed laty podbiły serca graczy, co Ubisoft zauważył i zdecydował się regularnie wsadzać także do kolejnych odsłonach serii.

Dla jednych będzie to rozczarowaniem, dla innych powodem do ulgi, ale sama żegluga na pierwszy rzut oka praktycznie się nie zmieniła. Twórcy nie próbowali jej przebudowywać, skupiając się zamiast tego na rozszerzeniu arsenału naszego okrętu. Do dyspozycji otrzymaliśmy nowe rodzaje uzbrojenia i dodatkowe możliwości taktyczne. Możemy między innymi oddać dwie salwy jedna po drugiej, korzystać z podpalonych kul czy sięgnąć po celniejsze moździerze. Są to zmiany raczej ewolucyjne niż rewolucyjne, ale dobrze wpisują się w filozofię całego remake’u, który stawia przede wszystkim na zachowanie ducha oryginału i rozsądne rozwinięcie jego mechanik.

Prawda jest taka, że już w 2013 roku system żeglugi i prowadzenia bitew morskich był na tyle dopracowany i przyjemny, że tutaj nie było potrzeby wprowadzania wielkich zmian. Po Karaibach można pływać godzinami i nawet nie czuć potrzeby schodzenia na ląd. To po prostu niezwykle satysfakcjonująca część całej gry. Same bitwy morskie nadal dostarczają ogromnej frajdy. W końcu, nic nie daje takiej satysfakcji, jak samotne pokonywanie całych armad albo powrót po czasie z ulepszonym statkiem, by wreszcie zemścić się na legendarnym okręcie, który wcześniej był w stanie zatopić nas jedną salwą. Abordaże wciąż bawią, a grabienie kolejnych jednostek i obserwowanie, jak rośnie nasz skarbiec oraz zapasy, daje czystą, niemal kleptomańską przyjemność. Jeżeli pokochaliście morską przygodę trzynaście lat temu, w remake’u poczujecie się jak ktoś wracający do dawno niewidzianego i niezwykle stęsknionego domu.

Mam słoik ziemi!

Słyszałem sporo obaw, że skoro remake powstaje na najnowszej wersji silnika Anvil, gra zatraci swoją pierwotną tożsamość i zacznie zbytnio przypominać nowsze, RPGowe odsłony Assassin’s Creed. Pozwólcie więc, że od razu wyjdę tym obawom naprzeciw. Jeżeli wciąż macie wątpliwości, czy Black Flag Resynced jest wiernym remake’em oryginału, mogę was uspokoić. W grze nie znajdziecie żadnych poziomów doświadczenia ani broni z coraz to wyższymi statystykami i wymyślnymi numerkami. Nasza skuteczność w walce w zdecydowanej większości zależy od naszych umiejętności, a nie od tego, jak potężny ekwipunek udało nam się zdobyć.

Nie oznacza to jednak, że całkowicie zrezygnowano ze zdobywania nowego uzbrojenia. Nadal możemy znajdować kolejne miecze i pistolety. Każda broń posiada własne statystyki, ale różnice między kolejnymi są na tyle niewielkie, że w praktyce często pozostają niemal niezauważalne. Tak naprawdę najważniejsze są nie same liczby, lecz specjalne atuty i zdolności przypisane do poszczególnych elementów wyposażenia. Każda broń oferuje coś innego, czy to w postaci pasywnych bonusów, czy aktywnych umiejętności, z których możemy korzystać podczas rozgrywki. Co ciekawe, remake pozwala nam wyposażyć Edwarda w dwie błyskotki jednocześnie. One również zapewniają dodatkowe udogodnienia i pozwalają jeszcze bardziej dostosować styl gry do własnych preferencji. Warto też wspomnieć, że jeśli podoba wam się zdolność konkretnego elementu wyposażenia, ale nie odpowiada wam jego wygląd, nic nie stoi na przeszkodzie, aby zmienić jego wizualną stronę na dowolny inny posiadany przedmiot.

Szkoda tylko, że przez bug lub błędną decyzję projektową obrażenia od upadku i tak nie istnieją.

Rozmiar nie ma znaczenia i Black Flag jest tego doskonałym przykładem. Przyznam szczerze, że z gry sprzed trzynastu lat w pamięci pozostała mi głównie świadomość pięknych, klimatycznych i egzotycznych widoków. Zupełnie nie byłem jednak w stanie przypomnieć sobie konkretnych lokacji, a tym bardziej rozmiaru całej mapy. Kiedy więc, przyzwyczajony przez najnowsze odsłony serii do ogromnych światów, usiadłem do Resynced, przeżyłem niemały szok. Wystarczyło jedno spojrzenie na mapę Karaibów, by w głowie pojawiła się myśl: „Jaka ta mapa jest mała”. I faktycznie, w porównaniu z najnowszymi częściami serii jest ona wręcz niewielka. Nie zmienia to jednak faktu, że nadal pozostaje całkiem sporym obszarem do eksploracji.

Całkowite wymaksowanie mapy nie zajmuje tutaj jednak stu lub więcej godzin, jak w przypadku nowych odsłon, lecz raczej około 20, a w porywach 30 godzin. I uwierzcie mi, przy charakterystycznym dla Ubisoftu podejściu do eksploracji oraz odkrywania świata jest to w zupełności wystarczająca ilość. Dzięki temu gra nie przytłacza nas dziesiątkami powtarzalnych aktywności, a jednocześnie zapewnia wystarczająco dużo zawartości, by dobrze się bawić. Co więcej, warto zaznaczyć, że Karaiby nie są pełne niezwykle charakterystycznych lokacji, które na zawsze zapadają w pamięć. Choć możemy odwiedzić wiele wysp i dokładnie je zwiedzić, nie wszędzie będziemy mogli wejść i zajrzeć. Nie zmienia to jednak faktu, że Karaiby wciąż prezentują się przepięknie. Niezależnie od tego, czy przemierzamy morze, czy zatrzymujemy się na jednej z wysp, świat gry potrafi zachwycić i naprawdę jest na czym zawiesić oko.

Symbolicznie chciałbym zwrócić uwagę na znacznie ładniejsze i zdecydowanie bardziej dopracowane warunki pogodowe. Nie tylko wyglądają one znacznie realistyczniej, ale przede wszystkim sprawiają wrażenie o wiele potężniejszych. Każda ogromna fala czy gwałtowniejszy podmuch wiatru mają wyraźny wpływ na atmosferę i potrafią zrobić ogromne wrażenie. Najlepiej wypadają jednak takie zjawiska jak mgła oraz sztormy. Podczas żeglugi w gęstej mgle praktycznie płyniemy na ślepo. Nigdy nie wiemy, czy gdzieś w oddali nie czai się znacznie potężniejszy od nas okręt, który jest w stanie posłać nas na dno zaledwie jedną salwą.

Największe wrażenie robią jednak sztormy. Dawno, a być może nigdy, żadna gra nie wywołała we mnie takiego stresu podczas zwykłej podróży. Szalejące fale, pioruny uderzające dookoła oraz przerażające trąby wodne, a wszystko to pogrążone w przytłaczającym mroku ciężkich chmur, tworzą naprawdę niezwykłą atmosferę. Dawno moje serce nie biło tak mocno, jak wtedy, gdy musiałem lawirować między tymi wszystkimi żywiołami, nie mając pewności, czy w ogóle uda mi się wyjść z tego starcia cało.

To bez wątpienia najlepszy pirat, jakiego w życiu widziałem

Nie będzie żadnym zaskoczeniem, gdy powiem, że Assassin’s Creed Black Flag Resynced wygląda nieporównywalnie lepiej niż oryginał z 2013 roku. W końcu nie mamy tutaj do czynienia z prostym remasterem, lecz pełnoprawnym remake’em stworzonym na najnowszej wersji silnika Anvil. Gra prezentuje się lepiej praktycznie w każdym aspekcie. Mowa tutaj zarówno o wyższej rozdzielczości i znacznie lepszych teksturach, jak i poprawionym oświetleniu, z ray tracingiem na czele, różnego rodzaju efektach wizualnych, a także odświeżonych animacjach oraz świetnie wyglądających scenkach przerywnikowych. Pojawia się jednak pytanie: jak Black Flag Resynced wypada, jeśli odłożymy na bok porównania z oryginałem i spojrzymy na niego przez pryzmat współczesnych standardów graficznych? I tutaj warto ponownie wspomnieć, że Anvil to ten sam silnik, który napędzał Assassin’s Creed Shadows, chwalone przeze mnie w zeszłorocznej recenzji za przepiękną oprawę wizualną. Czy więc przesadą będzie stwierdzenie, że Black Flag Resynced wygląda równie zachwycająco i jest jedną z ładniejszych gier roku 2026?

A co ze ścieżką dźwiękową? W końcu nie da się ukryć, że muzyka z Assassin’s Creed IV: Black Flag to prawdziwie Legendarny Soundtrack. I trudno się z tym nie zgodzić. Ścieżka dźwiękowa oryginału była doskonała. Pełna świetnych utworów, które idealnie budowały klimat, pasowały do każdej sytuacji, a przede wszystkim zostawały w głowie na długo. Nie inaczej było z szantami śpiewanymi przez naszą załogę podczas żeglugi. Bez nich trudno byłoby wyobrazić sobie tę grę. Tak, muzyka z Black Flaga była wyjątkowa i została przeniesiona do remake’u praktycznie jeden do jednego. A przynajmniej takie wrażenie można odnieść przy pierwszym, drugim, a nawet trzecim odsłuchu. Niestety nie znajdziemy tutaj żadnych nowych utworów ani odświeżonych aranżacji. A przynajmniej takich, które faktycznie można wychwycić. Trochę szkoda, że twórcy nie pokusili się o dodanie czegoś od siebie. Z drugiej strony pojawia się pytanie: czy rzeczywiście było to potrzebne, skoro oryginalna ścieżka dźwiękowa już teraz jest niemal doskonała?

Od strony technicznej nie jest najgorzej, choć zdecydowanie nie jest też idealnie. W kwestii optymalizacji mogę powiedzieć tyle, że ogrywałem ten tytuł na PlayStation 5 w zrównoważonym trybie graficznym i ani razu nie doświadczyłem spadków płynności. Gra od początku do końca działała stabilnie, nawet w najbardziej wymagających momentach, a przy tym cały czas prezentowała się fenomenalnie.

Sam kod również działa bez większych problemów, co nie oznacza, że zabrakło technicznych niedociągnięć. Co jakiś czas natykałem się na bugi wizualne pokroju przenikających przez siebie przedmiotów czy postaci, a także statki latające parę centymetrów nad wodą. Z kolei patrząc przez lunetę na odległe jednostki, można było dostrzec paskudne tekstury poruszające się w zaledwie kilku klatkach na sekundę. Raz na jakiś czas miewałem też kłopoty z otwieraniem skrzyń. Żeby wejść z nimi w interakcję, musiałem ustawiać Edwarda na czuja i podchodzić do nich po kilka razy. Kilka razy zdarzyło się również, że gra całkowicie odmówiła posłuszeństwa i na ekranie w ogóle nie pojawiał się komunikat o możliwości interakcji z czymkolwiek. Na szczęście wczytanie poprzedniego zapisu pomagało. Na plus tutaj częste automatyczne zapisy.

Więc jak ostatecznie wypada Assassin’s Creed Black Flag Resynced? Czy warto dać tej grze szansę? Odpowiedź jest oczywista: jasne, że tak. Oryginalny Black Flag już w momencie premiery był uznawany nie tylko za jedną z najlepszych gier o piratach, ale również za jedną z lepszych pozycji tamtych lat. To tytuł, który skradł serca graczy na całym świecie i do dziś cieszy się ogromnym uznaniem. Resynced jest natomiast niezwykle wiernym przeniesieniem tego klasyka na współczesne realia. Oferuje piękniejszą oprawę audiowizualną, usprawnioną walkę, poprawione elementy skradankowe, wciąż wybitne bitwy morskie, a także godziny naprawdę świetnej, świeżej zawartości.

W dużym, ale to bardzo dużym uproszczeniu Resynced to po prostu klasyczny Black Flag, tylko w każdym aspekcie lepszy. Jeśli nigdy nie mieliście styczności z tą historią, nie ma na co czekać, zaopatrujcie się w ten tytuł od razu. A co z osobami, które znają ten świat na wskroś? Skoro to w gruncie rzeczy ta sama przygoda, to po co płacić ponownie, jeśli można po prostu uruchomić pierwowzór sprzed lat? To słuszna uwaga, w szczególności, że gra kosztuje 250 złotych na PC i 280 złotych na konsolach. Biorąc pod uwagę specyfikę tego projektu, jest to zwyczajnie dużo. I prawdę powiedziawszy, nie mam na to wyjątkowo mocnych kontrargumentów. Mogę tylko powiedzieć, że dostajemy ostateczną wersję przygód Edwarda, która wygląda, brzmi i działa lepiej niż trzynaście lat temu, a jednocześnie oferuje parę godzin świeżej treści. Ja na pewno nie żałowałbym zakupu. Jednak czy dla każdego będzie to wydatek wart takich pieniędzy? Na to pytanie fani oryginału muszą już odpowiedzieć sobie sami.

Recenzja oparta o wersję gry na PlayStation 5.
Kopia gry do recenzji została dostarczona przez wydawcę.

9.0

Ocena autora

Podsumowanie

Grafika
9.5
Udźwiękowienie
9.5
Gameplay
9.0
Fabuła
9.0
Strona techniczna
7.0
Ocena ogólna
9.0
Zalety
  • Fenomenalna ścieżka dźwiękowa

  • Wygląda wyjątkowo ładnie

  • Wierny remake

  • Kilka godzin nowej zawartości

  • Świetnie zaprojektowane Karaiby

  • Bitwy morskie sprawiają niemało frajdy

  • Mimo że wciąż nie jest idealny, system walki sprawia o wiele więcej przyjemności niż w oryginale.

  • Charyzmatyczni bohaterowie

  • Przemyślana i wywołująca masę emocji fabuła

  • Piracki klimat aż wylewa się z ekranu

Wady
  • Bugi graficzne

  • Błędy z interakcją, a raczej jej brakiem

  • Brak DLC Freedom Cry

  • Wszystkowidzący wrogowie

  • Na dłuższą metę powtarzalna

  • Brak obrażeń od upadku, co na chwilę obecną może być zwykłym bugiem

O autorze

Bartosz "Lisek Volsgen" Michalik

Redaktor of all trades. Gra we wszystko, co mu się nawinie. Niestety są to zazwyczaj symulatory sklepów. Wielki fan Persony, Undertale, Forzy Horizon i gier Hoyo. Fanatyk gier fabularnych RPG, takich jak Dungeons & Dragons, Warhammer Fantasy czy Zew Cthulhu.

Twój adres email nie będzie publikowany. Wymagane pola są oznaczone *