Gier muzyczno-rytmicznych wbrew pozorom nie ma na rynku zbyt wielu, lecz kiedy już się pojawiają, regularnie skradają serca krytyków oraz samych graczy. Zazwyczaj są to tytuły niezwykle kreatywne i unikalne, które po prostu zapadają w pamięć. Czy Dead as Disco, trafiające właśnie dziś do Wczesnego Dostępu, wpisuje się w...
Gier muzyczno-rytmicznych wbrew pozorom nie ma na rynku zbyt wielu, lecz kiedy już się pojawiają, regularnie skradają serca krytyków oraz samych graczy. Zazwyczaj są to tytuły niezwykle kreatywne i unikalne, które po prostu zapadają w pamięć. Czy Dead as Disco, trafiające właśnie dziś do Wczesnego Dostępu, wpisuje się w ten pozytywny trend? Przekonajmy się!
Pod kątem samej zabawy Dead as Disco jawi się jako duchowy spadkobierca Hi-Fi Rush, które mieliśmy okazję i przyjemność recenzować w 2023 roku i nagrodziliśmy maksymalną notą. W obu przypadkach mamy do czynienia z chodzonymi bijatykami opartymi na walce w rytm muzyki. Niesprawiedliwym byłoby jednak stwierdzenie, że są to tytuły identyczne.
Wcielamy się w Charliego Disco, czyli upadłą ikonę ruszającą na krucjatę przeciwko dawnym kolegom z zespołu. Obecni idole branży sprzedali dusze korporacji Harmony i tylko my możemy wbić im trochę rozumu do głowy, wyrwać ich z macek firmy oraz reaktywować dawną ekipę. Scenariusz nie jest może rewolucyjny ani wolny od mankamentów, ale śledzi się go z autentyczną przyjemnością, a to przecież jest najważniejsze.
Na uznanie zasługuje również świetny angielski dubbing postaci. Szkoda jedynie, że wzorem wielu produkcji japońskich nie każda kwestia dialogowa została w pełni nagrana, przez co zamiast pełnych zdań słyszymy czasem jedynie krótkie stęknięcia. Warto przy tym wspomnieć o polskiej kinowej wersji językowej, która wypada naprawdę solidnie i trudno jej cokolwiek zarzucić.
Zasady rozgrywki w Dead as Disco okazują się banalnie proste, ponieważ cała zabawa polega na walce w rytm muzyki. Do naszej dyspozycji oddano standardowe ataki, różnorodne kombinacje, uniki, parowania oraz widowiskowe wykończenia. Warto podkreślić fakt, że w przeciwieństwie do wielu podobnych tytułów nie uświadczymy tutaj żadnego wizualnego wskaźnika rytmu. Zamiast tego musimy całkowicie zaufać własnemu słuchowi, co w praktyce sprawdza się po prostu fenomenalnie. Mało która gra pozwala poczuć płynące z słuchawek dźwięki tak mocno jak ta.
Wbrew pozorom mamy do czynienia z produkcją, która wybacza naprawdę wiele. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby całkowicie olać rytm i po prostu się bić, choć przyjemność z tego żadna. Taka metoda pozwala ukończyć przygodę bez większych przeszkód, lecz Dead as Disco stawia przede wszystkim na zdrową rywalizację oraz walkę z własnymi ambicjami. Precyzyjne uderzenia w takt przekładają się na wyższą punktację oraz lepszą ocenę końcową po każdym etapie. Odniosłem też wrażenie, że trzymanie się rytmu realnie zwiększa siłę naszych ciosów, chociaż twórcy nigdzie wprost o tym nie informują.
W samej grze dostępne są trzy tryby, a mianowicie fabularny, wyzwań oraz wolny. Niezależnie od dokonanego wyboru przy każdym z nich będziemy bawić się wyśmienicie. W tym gameplay’u tkwi po prostu coś hipnotyzująco wciągającego.
Omawianie dostępnych wariantów warto zacząć od końca, czyli od trybu wolnego. Pozwala on na starcia na pojedynczej planszy przy akompaniamencie wybranej piosenki, a etap kończy się wraz z ostatnimi taktami utworu. Obecnie gra oferuje trzydzieści zaimplementowanych piosenek oraz opcję niezwykle prostego importu plików z dysku twardego. Wystarczy wskazać interesujący nas utwór, uzupełnić w edytorze dane wykonawcy oraz określić wartość BPM, aby błyskawicznie przystąpić do akcji. Całość funkcjonuje bardzo sprawnie, chociaż warto pamiętać, że nie każdy gatunek muzyczny idealnie pasuje do rytmicznych bijatyk. Aczkolwiek… Dla chcącego nic trudnego, ponieważ twórcy przygotowali też bardziej zaawansowany edytor pozwalający zdeterminowanym graczom na perfekcyjne dopasowanie każdej melodii do specyfiki rozgrywki.
Muszę przyznać, że poszczególne poziomy zalicza się w mgnieniu oka, zwłaszcza jeśli w tle wybrzmiewają nasze ulubione utwory. Model walki okazuje się niezwykle satysfakcjonujący, a rytm wchodzi tak gładko, że nogi i głowa same rwą się do ruchu. Po prostu nie chce się kończyć zabawy. Na szczęście dla graczy, którzy nie chcą tak szybko kończyć zabawy twórcy przygotowali opcję grania bez końca przy zapętlonych piosenkach oraz funkcję tworzenia całych playlist, dzięki którym wybrane kompozycje następują płynnie jedna po drugiej.
W trybie wyzwań mierzymy się z najróżniejszymi piosenkami oraz konkretnymi celami do zrealizowania, a całą zabawę urozmaicają sporadyczne modyfikatory. Jak dotąd nie natrafiłem na zadanie, które byłoby w jakimkolwiek stopniu wymagające, gdyż większość z nich wydaje się wręcz banalnie prosta. Ponownie jednak do gry wchodzi system oceniania. Samo zaliczenie etapu to dopiero połowa sukcesu, ponieważ wykręcenie imponującego wyniku końcowego to już zupełnie inna bajka.
Ostatnim dostępnym wariantem jest tryb fabularny, który pod pewnymi względami przypomina mi nieco Furi. Każda misja to w rzeczywistości jedna wielka oraz złożona z wielu faz potyczka z bossem prezentująca się po prostu epicko. To bez wątpienia jedne z najlepiej zaprojektowanych walk jakie widziałem w grach. Na ekranie dzieje się mnóstwo ciekawych rzeczy, a każdy oponent wyróżnia się czymś unikalnym. Są to starcia, które chce się powtarzać bez końca. Jednocześnie bywają one dość wymagające i o błąd wcale nie jest trudno. Wzorem produkcji typu souls-like wystarczy jednak opanować konkretne schematy ruchów przeciwnika, aby po pewnym czasie próbowania zatriumfować. Obecnie w grze znajdziemy cztery przepiękne starcia, a widok menu sugeruje, że wkrótce dołączą do nich kolejne trzy. Liczę jednak na to, że deweloperzy nie powiedzą tak szybko ostatniego słowa i w przyszłości uraczą nas rozszerzeniami z nowymi bossami.
W nagrodę za kończenie poziomów otrzymujemy fanów, a ich liczba zależy bezpośrednio od uzyskanej przez nas noty. Pełnią oni rolę waluty, którą możemy wydać na elementy kosmetyczne dla Charliego lub nowe umiejętności, o których będę musiał jeszcze wspomnieć w następnym akapicie. Dodatkowo fundusze pozwalają na odnawianie zrujnowanego baru “The Encore”. Jeśli ktoś lubi takie urozmaicenia, to pewnie będzie zadowolony, jednak mnie ten element kompletnie nie wciągnął i nie czułem najmniejszej pokusy, aby poświęcać mu więcej uwagi. Wszystko to sprawia wrażenie niepotrzebnych zapchajdziur nieoferujących niczego istotnego, co niestety dotyczy również samego drzewka umiejętności.
Ale co się tak uczepiłem tych umiejętności? Obecnie w grze znajdziemy pięć drzewek rozwoju, przy czym zabawę zaczynamy tylko z jednym z nich. Kolejne opcje odblokowujemy dopiero po pokonaniu konkretnych bossów, co daje nam dostęp do mocy inspirowanych ich własnym stylem walki. Oprócz unikalnych ataków możemy też zainwestować w zwiększenie paska zdrowia lub pasji. W czym zatem tkwi problem? W praktyce całą dostępną zawartość da się przejść bez wydawania choćby jednego punktu na ulepszenia. Umiejętnościom brakuje po prostu realnej użyteczności, chociaż trzeba uczciwie przyznać, że większa pula punktów życia faktycznie ułatwia całą zabawę.
Jeśli twórcy powinni nad czymś jeszcze popracować w trakcie trwania Wczesnego Dostępu, to poza dodaniem nowej zawartości warto skupić się na aspektach personalizacji oraz rozwoju bohatera. Obecnie te elementy nie tyle są pozbawione sensu, co po prostu gra zupełnie nie zachęca nas do ich bliższego zgłębiania.
Na ten temat zdążyło mi się już parę razy co nieco między wierszami powiedzieć, ale oprawa audiowizualna prezentuje się naprawdę świetnie. Ścieżka dźwiękowa okazuje się niezwykle różnorodna, więc każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Trudno mi zresztą wyobrazić sobie osobę, której te utwory nie wpadłyby w ucho bez względu na jej muzyczne preferencje. Pod kątem wizualnym postawiono na kreskówkową stylistykę, która sama w sobie prezentuje się bardzo solidnie. Prawdziwy popis kunsztu widać jednak we wszelkich efektach specjalnych oraz innych wizualnych wodotryskach. Wyglądają one zwyczajnie super. Optymalizacja również zasługuje na dużą pochwałę. Gra działa bardzo płynnie i nie mam w tej kwestii absolutnie żadnych uwag.
Wystarczy wprowadzić kilka drobnych zmian i wierzę, że niniejszy tekst można by śmiało uznać za pełnoprawną recenzję. Prawda jest bowiem taka, że Dead as Disco już teraz jawi się jako produkcja bardzo dopracowana oraz oferująca wystarczającą ilość zawartości. Do pełni szczęścia brakuje jej właściwie tylko finału. Trudno przewidzieć, jak długo studio Brain Jar Games zamierza pozostać w fazie Wczesnego Dostępu, lecz nie spodziewam się, aby miało to trwać przesadnie długo. Już teraz otrzymaliśmy produkt niemal kompletny, który dostarcza masę nieopisanej frajdy oraz satysfakcji. Z pewnością przygotuję w przyszłości pełną recenzję tego tytułu, choćby po to, by mieć argument do jego umieszczenia w naszym corocznym zestawieniu najlepszych premier. Drzemie tu niesamowity potencjał i jestem święcie przekonany, że twórcy go w pełni wykorzystają. To po prostu piekielnie dobra gra. Jeśli jednak wciąż macie jakieś wątpliwości, możecie całkowicie za darmo sprawdzić wersję demonstracyjną obejmującą wycinek kampanii, trzynaście utworów oraz opcję importu własnej muzyki.
Pierwsze wrażenia oparte o wersję gry na PC (Steam). Kopia gry do artykułu została podarowana przez wydawcę.
Redaktor of all trades. Gra we wszystko, co mu się nawinie. Niestety są to zazwyczaj symulatory sklepów. Wielki fan Persony, Undertale, Forzy Horizon i gier Hoyo. Fanatyk gier fabularnych RPG, takich jak Dungeons & Dragons, Warhammer Fantasy czy Zew Cthulhu.