Każdy gracz, który poświęcił choć trochę więcej czasu scenie gier niezależnych, z pewnością natknął się na nazwisko Edmunda McMillena. To twórca, którego dorobek na stałe wpisał się w historię indie. Nawet osoby mniej zainteresowane sceną niezależną kojarzą jego najgłośniejsze dzieło, czyli The Binding of Isaac: Rebirth, będące rozbudowaną i...
Każdy gracz, który poświęcił choć trochę więcej czasu scenie gier niezależnych, z pewnością natknął się na nazwisko Edmunda McMillena. To twórca, którego dorobek na stałe wpisał się w historię indie. Nawet osoby mniej zainteresowane sceną niezależną kojarzą jego najgłośniejsze dzieło, czyli The Binding of Isaac: Rebirth, będące rozbudowaną i odświeżoną wersją kultowego The Binding of Isaac. Po sześciu latach od premiery swojej poprzedniej produkcji McMillen powraca z nowym projektem zatytułowanym Mewgenics. Czy warto było czekać tak długo? Zdecydowanie tak.
“Meow” (Niekończąca się opowieść)
Czym jest Mewgenics? To taktyczny rogue-like, w którym prowadzimy od jednego do czterech kotów przez nieprzyjazny, pełen zagrożeń świat. Choć dostępne ścieżki są z góry zaprojektowane, wydarzenia, przeciwnicy oraz zdobywane przedmioty generowane są losowo i to właśnie ta losowość stanowi fundament całej rozgrywki. Praktycznie nie ma możliwości, by dwa podejścia wyglądały identycznie. Każdy run przebiega inaczej, wymuszając nowe decyzje i odmienne strategie.
W Mewgenics podobnie do takiego The Binding of Isaac: Rebirth, kluczową rolę odgrywa tutaj regrywalność. Owszem, po jakichś 30-40 godzinach gry docieramy do oczywistego fałszywego zakończenia, jednak jeśli chcemy zobaczyć tak zwany True Ending musimy spędzić przynajmniej dwa-trzy razy więcej czasu. To jednak bez większego znaczenia, gdyż Mewgenics konsekwentnie zachęca do kolejnych podejść, za każdym razem oferując zupełnie nowe doświadczenie, obfite w nowe rzeczy do zdobycia. Co więcej, sama gra jest wypełniona po brzegi sekretami oraz easter eggami.
Mewgenics imponuje ilością zawartości. Sprawia wręcz wrażenie studni bez dna. Niemal co chwilę odblokowujemy nowe elementy lub natrafiamy na coś, czego wcześniej nie widzieliśmy. Wystarczy wspomnieć, że baza imion losowanych dla naszych kotów liczy ponad 12 tysięcy pozycji! W momencie pisania tej recenzji mam na liczniku blisko 50 godzin i wciąż odkrywam nowe przedmioty, przeciwników oraz kolejne warianty kociaków.
Warto wspomnieć, że gra wyraźnie osadzona jest w tym samym uniwersum co The Binding of Isaac: Rebirth. Świadczą o tym liczne odniesienia, znajome motywy, a także przedmioty i przeciwnicy przeniesieni w mniej lub bardziej bezpośredniej formie. Dla wieloletnich fanów Isaaca takich jak ja to prawdziwa gratka i przyjemny ukłon. Trudno mi sobie wyobrazić, by sympatycy tamtej produkcji poczuli się rozczarowani.
“Meow Meow” (Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę)
Mewgenics nie należy do gier prostych. Wiele też zależy od tego jak bardzo dopisze nam szczęście w trakcie runów. Jeśli będziemy mieć pecha to nie wyjdziemy nawet z pierwszej lokacji. Dlatego zawsze warto przed wyruszeniem w drogę zebrać drużynę. Innymi słowy warto się przygotować. Gra oferuje w tym zakresie kilka możliwości. Za pieniądze zdobywane podczas wypraw kupujemy nie tylko przedmioty przydatne w trakcie kolejnych podejść, ale również meble do naszej kryjówki. Są one na tyle istotne, iż mają wpływ na jakość życia naszych kotów, a tym samym na możliwe bonusy, mutacje, a także efektywniejsze rozmnażanie się.
Tak, rozmnażanie odgrywa tu fundamentalną rolę. Co prawda od czasu do czasu możemy przygarnąć zbłąkanego kota, jednak głównym źródłem nowych członków drużyny jest właśnie hodowla. Każdego dnia istnieje szansa na narodziny kociaka, który po osiągnięciu dorosłości będzie mógł wyruszyć na wyprawę. Ma to ogromne znaczenie, ponieważ kot, który raz weźmie udział w ekspedycji i wróci z niej żywy, przechodzi na emeryturę. Nie może już uczestniczyć w kolejnych runach. Od tej pory jego rola ogranicza się do rozmnażania lub obrony kryjówki podczas specjalnych wydarzeń, w których naszą bazę atakują potężni bossowie.
W trakcie rozgrywki w Mewgenics spotykamy wielu wyrazistych bohaterów niezależnych. To, czy ich polubimy, pozostaje kwestią indywidualną, jednak trudno odmówić im charakteru. Są barwni, często ekscentryczni i bez wątpienia zapadają w pamięć. Każdy z nich pełni określoną funkcję. Część prowadzi sklepy, inni zlecają zadania poboczne (konieczne do zobaczenia True Endingu), jeszcze inni pomagają odzyskać przynajmniej część przedmiotów utraconych podczas nieudanego runu. Co istotne, każdy NPC prosi nas o przyniesie mu konkretnych kotów np. kociąt albo kotów, które zabiły jakiegoś przeciwnika. Po dostarczeniu wymaganej liczby futrzaków możemy spodziewać się jakiegoś bonusu, a z pewnością jeszcze większej ilości zawartości.
A tej, jak już wspomniałem, jest od zatrzęsienia. Już same liczby robią wrażenie. Do dyspozycji otrzymujemy ponad dziesięć klas postaci, z których każda zapewnia dostęp do 75 unikalnych zdolności, co łącznie daje przeszło 750 umiejętności. Do tego dochodzi ponad 900 różnorodnych przedmiotów oraz ponad 200 przeciwników, w tym wielu wyjątkowo pomysłowych bossów. Odblokowanie całej zawartości to zadanie na co najmniej 150-200 godzin, a być może nawet więcej. Co jednak najważniejsze, nie jest to czas sztucznie napompowany.
Jak wspomniałem już nieco wcześniej, choć lokacji jest całkiem sporo, a każda klimatem znacząco się od siebie różni, tak ich struktura pozostaje z góry ustalona. Oznacza to, że w tych samych punktach mapy zawsze natrafimy na sklepy, walki, bossów, skarby czy wydarzenia specjalne. Nie oznacza to jednak powtarzalności. To co konkretnie pojawi się na naszej drodze generowane jest losowo. Nigdy nie wiemy, z jakimi przeciwnikami przyjdzie nam się zmierzyć ani w jakiej konfiguracji wystąpią. Nie jesteśmy też w stanie przewidzieć, jakie kombinacje zdolności i przedmiotów wpadną nam w ręce. W efekcie każdy run ma własną dynamikę i wymusza inne podejście taktyczne.
Do każdej wyprawy możemy wybrać od jednego do czterech kotów. Następnie każdemu z nich przypisujemy klasę. Grę zaczynamy z czterema, a są to: wojownik, tank, mag oraz łowca. Z czasem będziemy otrzymywać dostęp do kolejnych, jak chociażby złodziej, kleryk czy nekromanta. Na etapie przygotowań możemy również wyposażyć koty w przedmioty z magazynu. Są to rzeczy kupione wcześniej u handlarza lub zachowane z poprzednich, udanych wypraw. Odpowiednie wyposażenie znacząco zwiększa szanse przetrwania i pozwala przeżyć nieco dłużej niż pierwsza lokacja. Samo przygotowanie to jednak za mało, by ukończyć wszystkie trzy lokacje składające się na pełną wyprawę. W dalszej części kluczowe stają się właściwe decyzje taktyczne, umiejętne zarządzanie zdolnościami oraz odrobina szczęścia.
Starcia w Mewgenics odbywają się na planszach z rzutu izometrycznego. Zarówno nasze koty, jak i przeciwnicy poruszają się po wyraźnie zaznaczonych polach tworzących siatkę, która może przywodzić na myśl szachownicę lub mapy z takiego Into the Breach. Walki odbywają się w turach, a każdy kociak w trakcie swojej może przemieścić się o określoną liczbę pól zależną od statystyki szybkości, wykonać jeden atak oraz rzucić dowolną liczbę zaklęć, o ile dysponujemy odpowiednią ilością many. Planowanie i taktyczne myślenie jest tu obowiązkowe. Kluczowe jest doskonałe zrozumienie możliwości własnej drużyny i budowanie strategii w oparciu o jej mocne strony.
Równie istotna pozostaje znajomość przeciwników oraz ich wzorców ataku. Bez tego trudno mówić o skutecznym i względnie bezbolesnym przechodzeniu kolejnych starć. Znaczenie ma także samo otoczenie. Wiele elementów planszy jest interaktywnych i może stać się zarówno naszą zgubą, jak i sprzymierzeńcem. Dodatkowo poszczególne pola potrafią wywoływać odmienne efekty. Trzeba uważać więc, gdzie się staje. Na tym jednak nie koniec. W grze funkcjonują także zależności między żywiołami, które można umiejętnie wykorzystać na swoją korzyść. To ile ta gra ma warstw i z każdą kolejną godziną wprowadza kolejne, przyprawia o zawrót głowy. Jednocześnie stanowi to najlepszy dowód na to, ile pracy i zaangażowania włożono w projekt. Skala złożoności robi ogromne wrażenie.
Z czasem nasze koty zdobywają kolejne poziomy doświadczenia, co przekłada się na rozwój statystyk, odblokowywanie nowych umiejętności oraz pasywnych bonusów. System progresji jest czytelny i prosty, ale jednocześnie wyjątkowo rozbudowany. Samych statystyk dostępnych jest siedem, a każda ma wpływ na inny aspekt kociaka. Między innymi siła zwiększa zadawane obrażenia, szybkość determinuje maksymalny dystans, jaki możemy pokonać w trakcie jednej tury, natomiast charyzma wpływa na maksymalną oraz początkową ilość many. Warto uważnie analizować rozwój statystyk, ponieważ poszczególne klasy opierają się na różnych fundamentach. Mag będzie wymagał innych priorytetów niż taki tank czy łowca. Świadome budowanie postaci pod konkretną rolę jest kluczowe, jeśli chcemy wycisnąć maksimum z dostępnych możliwości i skutecznie radzić sobie z rosnącym poziomem trudności. Nie oznacza to jednak, że powinniśmy pominąć całkowicie pozostałe, niepotrzebne klasie statystyki.
Podobnie jak w The Binding of Isaac: Rebirth, kluczowe znaczenie mają tutaj synergie. Odpowiednie połączenia przedmiotów, mutacji, schorzeń oraz umiejętności potrafią wywoływać spektakularne efekty i tworzyć kombinacje, które momentami potrafią wręcz “zepsuć” grę. Gra wyraźnie nagradza eksperymentowanie. Zachęca do łączenia pozornie niepasujących elementów i testowania nieoczywistych rozwiązań. Biorąc pod uwagę ogrom dostępnej zawartości oraz wysoki poziom losowości, praktycznie nie da się przewidzieć, do jak absurdalnie potężnych lub zaskakujących konfiguracji możemy dojść. Zabawy wręcz nie widać końca.
Trudno odmówić McMillenowi wyrazistego stylu. Każda jego produkcja utrzymana jest w charakterystycznej, nieco groteskowej, kreskówkowej estetyce. Nie inaczej jest w przypadku Mewgenics. Gra o kociakach prezentuje się znakomicie, a nałożony na obraz filtr szumu, ziarna i migoczącej winiety wzmacnia wrażenie obcowania z czymś niepokojącym i obrzydliwym, a jednocześnie spójnym artystycznie, uroczym i zwyczajnie ładnym. Nie mam wątpliwości co do tego, że ta gra nigdy się nie zestarzeje. Styl graficzny nie próbuje gonić za realizmem ani technologicznymi trendami, dzięki czemu pozostaje ponadczasowy. To estetyka, która równie dobrze będzie działać za kilka, kilkanaście, a być może nawet kilkadziesiąt lat.
Zachwycony jestem również oprawą dźwiękową – tak muzyką, jak i zwykłymi efektami. Z łatwością wpadają one w ucho i naprawdę trudno się od nich oderwać. Muzyka pozostaje z nami na długo, nawet poza grą. Sam wielokrotnie łapałem się na tym, że odtwarzałem w myślach motywy z walk z bossami. Wspomnieć też można o tym, że każda lokacja ma pewien główny utwór przewodni, który słychać praktycznie przez cały czas. Gdy jednak dochodzi do starć z bossami, nagle pojawiają się dodatkowe wokale. W kwestii efektów dźwiękowych można jeszcze dopowiedzieć, że wiele z nich wyraźnie było tworzonych przy użyciu ludzkiego głosu lub ust. W chwili, gdy zdajemy sobie z tego sprawę, nie można nie powstrzymać się od uśmiechu.
Na RTX 5080 oraz Ryzenie 7 9800X3D gra działa dokładnie tak, jak można się tego spodziewać. Mewgenics działa bardzo płynnie, jednak sporadycznie, może raz na 10 godzin gry zdarza się delikatne urwanie klatki. To jednak jest już szukanie dziury w całym. Sama gra działa doskonale płynnie. Co równie istotne, w trakcie testów nie natrafiłem na żadne błędy, glitche ani poważne problemy. Od strony technicznej jest to produkt niemal idealny i dopieszczony do granic możliwości.
Mewgenics wzięło mnie kompletnie z zaskoczenia. Mimo ogromnej sympatii do The Binding of Isaac: Rebirth nie śledziłem uważnie kolejnych projektów McMillena. Jednak, gdy przypadkiem, zaledwie miesiąc przed premierą, dowiedziałem się o powstawaniu tej produkcji i dostrzegłem jak duży ma potencjał, wiedziałem, że muszę ją sprawdzić. Na szczęście nie spotkało mnie żadne rozczarowanie. Mewgenics to arcydobra gra z ogromną ilością zawartości, wciągającą i wielowarstwową rozgrywką oraz oprawą audiowizualną, która zachwyca To gra, która pozostanie z nami na lata. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości!
Recenzja oparta o wersję gry na PC (Steam). Kopia gry do recenzji została podarowana przez wydawcę.
Redaktor of all trades. Gra we wszystko, co mu się nawinie. Niestety są to zazwyczaj symulatory sklepów. Wielki fan Persony, Undertale, Forzy Horizon i gier Hoyo. Fanatyk gier fabularnych RPG, takich jak Dungeons & Dragons, Warhammer Fantasy czy Zew Cthulhu.