Trwało to zdecydowanie dłużej, niż pierwotnie zakładałem, ale w końcu się udało. Druga część przeglądu fanowskich gier o Pokémonach jest już gotowa, a wraz z nią moje subiektywne spojrzenie na pięć wybranych produkcji. Starałem się dobrać tytuły możliwie jak najbardziej różnorodne, wyraźnie odmienne od siebie pod względem założeń i...
Trwało to zdecydowanie dłużej, niż pierwotnie zakładałem, ale w końcu się udało. Druga część przeglądu fanowskich gier o Pokémonach jest już gotowa, a wraz z nią moje subiektywne spojrzenie na pięć wybranych produkcji. Starałem się dobrać tytuły możliwie jak najbardziej różnorodne, wyraźnie odmienne od siebie pod względem założeń i wykonania. Co udało mi się znaleźć i czym tym razem chcę się z wami podzielić? Zapraszam do lektury.
Na sam koniec każda gra dostanie jedną z pięciu ocen: Trzymać się z daleka > Szkoda czasu > Można Sprawdzić > Warta polecenia > W to trzeba zagrać!.
Pokémon Infinite Fusion (wersja 6.6.1)
Nasze zestawienie zaczniemy od najprawdopodobniej jednej z najgłośniejszych produkcji tego typu. Mowa tutaj o Pokémon Infinite Fusion, którego Pokédex liczy sobie ponad 250 000 pokémonów do zdobycia. Dużo? Jeszcze jak. A w jaki sposób twórcy osiągnęli tak absurdalną liczbę? Odpowiedź jest bardzo prosta: tytułowe fuzje. Pomijając wszystkie kwestie etyczno-moralne, możemy wziąć dwa dowolne stworki i złączyć je w jednego. Ma to wpływ nie tylko na wygląd tworzonej przez nas abominacji, ale i jej typy, ruchy oraz statystyki. To całkiem unikalne podejście sporo zmienia w klasycznej formie pokémonowej, dodając odrobinę świeżości, ale i kombinowania.
Przyznam, że przez pierwsze godziny bawiłem się naprawdę nieźle. Łapanie pokémonów, a następnie obmyślanie w jakie kombinacje je przemieniać bawiło i angażowało. Niestety przyszedł moment, w którym stałem się nieuchronną ofiarą urodzaju. W pewnym momencie to wszystko po prostu zaczęło mnie przytłaczać i porzuciłem jakiekolwiek myśli nie tylko o skompletowaniu całego Pokédexu (Co od początku wiedziałem, że będzie niemożliwe), ale i straciłem chęci na dalsze łapanie i dokonywanie fuzji. Zrobiłem jeden team i już do samego końca nim dociągnąłem. Fuzje, choć były unikalnym i fajnym pomysłem, z czasem stały się naprawdę męczące, a i wiele z nich wyglądało zwyczajnie brzydko i niechlujnie.
Mimo, że ta fanowska produkcja powstała na silniku RPG Maker XP, tak mechanicznie i pod względem świata mocno zainspirowana, a nawet oparta została o legendarne Pokémon Fire Red. Nasza historia rozpoczyna się w regionie Kanto, w znanym każdemu startowym domku. Przebieg całej historii jest bardzo podobny do tego co znamy z oryginalnej fabuły, jednak została ona odpowiednio zmodyfikowana tak, by jak najmocniej kręciła się wokół fuzji pokémonów. Stąd też wiele spotkań i wydarzeń będzie różnic się od tego co już znamy, chociaż nasza droga i spotykane na drodze miasta oraz sale pokémon nie zmieniły się ani trochę. Co innego tyczy się samego Kanto, gdyż ono przeszło odpowiedni lifting i cała mapa wygląda teraz o wiele lepiej, została ona odświeżona i odpowiednio rozbudowana o nowe rejony. I to nie wszystko, bo Kanto to tylko początek. Developerzy pokusili się o dodanie dodatkowych rejonów takich jak chociażby Johto z drugiej generacji.
Mając do dyspozycji inny i o wiele bardziej nowoczesny silnik niż to, czym dysponowało Game Freak przy projektowaniu swojej gry trzy dekady temu, developerzy Infinite Fusion nie zamierzali poprzestać tylko na prostym przeniesieniu Pokémon Fire Redów oraz dodaniu do nich mechaniki fuzji. Zdecydowali się pójść o kilka kroków naprzód. Na ten przykład wprowadzono poziomy trudności, sprawiając, że gra jest przyjazna tak dla starych i młodych, jak bardziej casualowych i hardcore’owych pokémaniaków. Co na pewno jest miłym urozmaiceniem, dostajemy pełną dowolność w customizacji swojej postaci. Z innych ciekawych funkcji warto wspomnieć o cudownym auto-zapisie, a także wprowadzeniu questów pobocznych, których po mapie rozsianych jest od groma.
Większych bądź mniejszych zmian i dodatków jest znacznie więcej. Na tyle, iż można by nazwać Pokémon Infinite Fusion wersją ostateczną i kompletną Fire Redów. Jednak jak to mówią: z wielką mocą wiążę się wielkie ryzyko. Niestety, ale jest to produkcja, w której występuje nieco błędów, w szczególności jeśli chodzi o tekstury i modele. Uważać też trzeba przy aktualizacjach. Jedna z nich sprawiła, że całkowicie straciłem swój zapis – choć szczęście w nieszczęściu, było to chwilę po tym, jak rozpocząłem nową grę, więc strata mała. Przy innej aktualizacji wszystkie sprite’y moich pokémonów po fuzji zostały zmienione na inne, tworząc paskudne amalgamaty, na które się po prostu patrzeć nie dało. I niestety nie znalazłem panaceum na ów kłopot.
Werdykt:Pokémon Infinite Fusion to tytuł, któremu jak najbardziej można dać szansę i bawić się przy nim naprawdę dobrze. Liczba nowych funkcji oraz opcji zaimplementowanych przez twórców oferuje ogromną ilość zawartości do odkrycia, a gargantuiczna wręcz liczba możliwych fuzji pokemonów potrafi przyprawić o ból głowy. To dobra gra, która nie jest pozbawiona problemów, przy czym największym z nich okazuje się paradoksalnie jej największa zaleta, czyli nadmiar zawartości. Zanim jednak dojdziecie do momentu, w którym produkcja zacznie was realnie męczyć, zdążycie spędzić z nią wiele godzin bardzo dobrej zabawy.
Pokémon Master Fire Red
Pokémon Master Fire Red to fanowska gra oparta o znaną i kochaną przez wielu klasyczna odsłonę Fire Red. W gruncie rzeczy ponownie doświadczamy tej samej historii i przygody co w oryginale, jednak z pewnymi zmianami. Zmianami, które z początku jawiły mi się jako zbyteczne cheaty i oszustwa. Jednak im dłużej grałem, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, że te tak zwane oszustwa były niczym innym jak wyrównywaczami szans. Bo Pokémon Master Fire Red jest trudne. Oj, jest diabelnie trudne.
A o jakich “oszustwach”, czy raczej ułatwieniach tu mówimy? Otóż już na samym początku, w pierwszym mieście jesteśmy w stanie zdobyć EXP Share, Lucky Eggi (Dwukrotnie zwiększają zdobywane doświadczenie), Pokémony zdobywają szybciej doświadczenie, jest większa szansa na znalezienie Shiny stworka, przedmioty zwiększające skuteczność ataków o 20% leżą na każdym rogu, praktycznie w każdym Pokémon Center można kupić teraz każdy możliwy TM, a w sklepach dostępne są Rare Candy za symbolicznego dolara!
Prawda, że brzmi nieprzyzwoicie nieuczciwie? Zupełnie jakby grało się na cheatach, co nie? Cóż, prawda jest taka, że będziemy potrzebowali każdej pomocy, żeby przejść całą grę. Pokémon Master Fire Red to najtrudniejsza gra z Pokémonami w roli głównej, w jaką miałem okazję zagrać. Pierwszy raz miałem taką sytuację, że musiałem przygotowywać się do starć ze zwykłymi trenerami (których swoją drogą wydaje się być teraz więcej), a dziesiątki porażek z gym leadarami kompletnie mnie nie dziwiły. Pokémony w posiadaniu wszystkich trenerów nie tylko mają wyższy poziom, ale i mogą różnić się znacząco od oryginalnych Fire Redów. Tu trzeba wspomnieć ponownie o gym leadarach, którzy teraz mają po sześć pokémonów w drużynach, a dodatkowo używają taktyk znanych z kompetetywnych meczy. Ta fanowska gra bez dwóch zdań była sporym wyzwaniem, ale za to jakże satysfakcjonującym.
Poziom trudności nie jest jedyną zauważalną zmianą w tej fanowskiej wersji Fire Reda. Jedną z najbardziej rzucających się w oczy nowości jest możliwość złapania wszystkich 151 pokémonów jeszcze przed dotarciem do Elite Four. Oznacza to gruntowną przebudowę spotkań z dzikimi stworkami. Wciąż trafimy na dobrze znane pokémony w charakterystycznych dla nich lokacjach, ale obok nich pojawiają się także zupełnie nowe gatunki. Co więcej, wiele pokémonów, które wcześniej były niedostępne z różnych powodów, teraz faktycznie da się złapać w trakcie normalnej rozgrywki. Brzmi fenomenalnie? Bo takie właśnie jest.
Wiele stworków dostało również nowe typy. Dla przykładu taki Charmander od teraz jest typu ogień/smok. Nie można też nie wspomnieć o zmianach jakich doznała mapa. Pojawiło się wiele nowych stref, niektóre zostały zmodyfikowane, a inne, bardziej uporczywe i niepotrzebne, usunięte lub pominięte. A mimo to nie jesteśmy w stanie się tu zgubić. Każdy wyjadacz pierwszej generacji się tu odnajdzie, a jednocześnie poczuje lekki powiew świeżości.
Werdykt:Pokémon Master Fire Red to produkcja, której zdecydowanie warto dać szansę. Nie oferuje żadnych rewolucyjnych zmian ani nowej historii, jednak na tyle skutecznie odświeża klasyczne Fire Redy, że pozwala ponownie czerpać autentyczną radość z ich odkrywania. Do pierwszej generacji przez lata wracałem głównie z czystej nostalgii. Dopiero Master Fire Red sprawiło, że znów poczułem to wyjątkowe uczucie, które towarzyszyło mi podczas pierwszego przechodzenia Fire Redów.
Pokémon AlteRed
Tym, co wyróżnia Pokémon AlteRed, jest interesujące podejście w stylu „co by było, gdyby”. Znane nam pokemony zostały tu zastąpione swoimi alternatywnymi wersjami. Przykładowo, klasyczny Charmander stał się typem wodnym, Squirtle liściastym, a Bulbasaur ognistym. Zmianom uległy nie tylko typy i wykorzystywane przez stworki ruchy, lecz także ich wygląd. Każdy gracz musi sam ocenić, czy nowe projekty wizualne przypadną mu do gustu. Osobiście poza paroma przypadkami nie spodobały mi się nowe wersje i w mojej opinii prezentują się gorzej niż klasyczne. Podkreślam jednak, że jest to wyłącznie kwestia indywidualnego gustu. Na tych, którzy zdecydują się dać grze szansę, czekają nie tylko pokemony z pierwszej generacji, ale również liczne stworki z kolejnych odsłon serii. Dla osób chcących złapać je wszystkie przygotowano imponującą liczbę 361 pokémonów.
A więc AlteRed to po prostu Pokémon Fire Red, ale z pokaźną biblioteką “nowych” stworków? Otóż nie. Twórcy przygotowali dla graczy kilka zmian, a nawet dodatków. Tym co z pewnością rzuci się w oczy starym wyjadaczom są zmienione Poké Center. Są one znacznie większe, a klasyczne miejsce do leczenia pokémonów to tylko jeden z punktów, który można tam znaleźć. Od teraz w centrach Pokémon możemy znaleźć sklepy, sale treningowe, w których możemy levelować stworki na kukłach, a także kilka przydatnych NPC’ów, którzy przykładowo pomogą nam w zmianie ruchów jednego z naszych podopiecznych. Co warto jeszcze dodać w kwestii sklepów, ceny poszczególnych przedmiotów są znacznie niższe niż w podstawowej wersji gry.
U podstaw przebieg fabularny gry nie różni się od podstawowej wersji Fire Red. Wciąż naszym celem jest przejście całej mapy, zdobycie ośmiu odznak i zostanie mistrzem pokémon. Różnic, a raczej zmian jest jednak kilka. Po pierwsze mapa, a w szczególności niektóre ścieżki zostały przebudowane. Po drugie, pomiędzy siódmą a ósmą odznaką zostajemy wrzuceni na zupełnie nowe tereny i z nową, dodatkową linią fabularną. Nie jest ona jakoś nadzwyczaj interesująca czy potrzebna, jednak to zawsze jakieś urozmaicenie starej formuły.
Werdykt: Pomysł na alternatywne wersje pokemonów jest niezwykle interesujący i bez wątpienia ma spory potencjał. To jednak, czy stworki zaprezentowane w AlteRed przypadną wam do gustu, zależy już wyłącznie od indywidualnych preferencji. Twórcy, wraz z nowymi Poké Center, wprowadzili także wiele przyjemnych usprawnień, które wyraźnie podnoszą komfort rozgrywki, choć dla bardziej tradycjonalistycznych graczy mogą okazać się zmianami zbyt mocno upraszczającymi zabawę. Zmiany w mapie świata oraz dodatkowy wątek fabularny sprawiają natomiast wrażenie całkowicie zbędnych. Wyglądają raczej na elementy dodane na siłę, tylko po to, by tytuł wyróżniał się czymś więcej niż samymi alternatywnymi pokemonami. Pokémon AlteRed to produkcja, którą można sprawdzić, ale raczej pod warunkiem, że nie macie aktualnie na oku innych, bardziej godnych uwagi fanowskich gier. Trzeba bowiem przyznać, że tytułów oferujących alternatywne wersje pokemonów jest na rynku fanowskim znacznie więcej i z czasem również im przyjrzymy się w ramach tej serii artykułów.
The Wooper Who Saved Christmas (Beta 3)
Nie będę ukrywał, że opis tej krótkiej produkcji, opartej na klasycznym Fire Redzie, od razu przykuł moją uwagę. Tym razem bowiem nie wcielamy się w trenera, jak to zwykle bywa, lecz bezpośrednio w pokémona, a konkretnie w uwielbianego przez wielu Woopera. Na dokładkę twórcy kusili obietnicą klimatycznej, świątecznej opowieści. Co mogło pójść nie tak?
Okazuje się, że niemal wszystko. Nie jestem w stanie wskazać ani jednej naprawdę dobrej rzeczy w tej produkcji. To jeden z gorszych, choć nie najgorszy, fanowskich projektów, z jakimi miałem do czynienia. Nie zdziwię się więc i w pełni zrozumiem, jeśli ktoś wyłączy ten tytuł już po kilku pierwszych minutach. Sam musiałem ze sobą walczyć, by tego nie zrobić i dotrwać do samego końca.
No dobrze, ale powiesz nam w końcu, co jest nie tak z tą produkcją, skoro tak wyraźnie kręcisz na nią nosem? Oczywiście. Już spieszę z wyjaśnieniem, choć zgodnie z tym, co wcześniej zasugerowałem, odpowiedź jest wyjątkowo prosta. Nie działa tu właściwie nic.
Zacznijmy od fabuły. Historia opowiada o losach Woopera, który staje się świadkiem napaści na Mikołaja dokonanej przez członka Team Rocket. Złoczyńca porywa zarówno jego, jak i towarzyszącego mu Delibirda. Opowieść osadzono wiele lat przed wydarzeniami znanymi z kanonu, w czasach, gdy relacje między ludźmi a pokémonami były dalekie od przyjaznych. Nie tylko nie żyli ze sobą w zgodzie, ale wręcz darzyli się wzajemną nienawiścią i pogardą. Trzeba uczciwie przyznać, że sam pomysł miał ogromny potencjał. Niestety został on całkowicie zmarnowany. Scenariusz sprawia wrażenie napisanego przez osobę, która nie rozumie podstaw budowania spójnej historii. Fabuła jest płytka, pozbawiona sensownego tempa i nierzadko nielogiczna, a dialogi są chaotyczne i zwyczajnie nieczytelne. Najbardziej irytujący pozostaje jednak brak konsekwencji w strukturze i założeniach opowieści. Całość wygląda tak, jakby autor sam nie wiedział, czy chce stworzyć historię humorystyczną czy poważną, skierowaną do dzieci czy wyłącznie do dorosłego odbiorcy. W efekcie powstał bezbarwny, nijaki miszmasz, który nie potrafi zdecydować, czym właściwie chce być.
Muszę jednak oddać twórcom jedno. Widać, że mieli dobre intencje i autentyczną chęć stworzenia czegoś interesującego. Problem w tym, że zabrakło im umiejętności, by tę wizję odpowiednio zrealizować. Dobrym przykładem są próby wprowadzenia nieliniowości, a przynajmniej zróżnicowanych zakończeń. W kilku momentach gracz otrzymuje możliwość dokonania wyboru, który teoretycznie przybliża go do dobrego lub złego finału. Niestety w praktyce nie ma to żadnego znaczenia, ponieważ gra pod sam koniec całkowicie traci spójność. Przez całą rozgrywkę konsekwentnie wybierałem decyzje oznaczane jako dobre, a mimo to tytuł i tak wymusił na mnie negatywne zakończenie. Co więcej, zaraz po nim następuje plansza informująca, że uratowałem święta i wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Trudno to skomentować inaczej niż wymownym westchnieniem.
Na plus można również zaliczyć fakt, że mapa nie jest bezmyślną kalką lokacji znanych z oryginałów, co niestety często zdarza się w tego typu projektach. Twórcy zdecydowali się przygotować własną lokację, w całości pokrytą śniegiem. Owszem, wykorzystano wyłącznie istniejące assety, jednak to samo w sobie nigdy nie stanowiło większego problemu. Kłopot pojawia się dopiero wtedy, gdy uświadomimy sobie, jak bardzo ta mapa jest chaotyczna i pozbawiona sensu. Warto podkreślić, że mówimy tu o lokacji liniowej, o wyraźnie korytarzowej strukturze, a mimo to potrafi ona dezorientować i sprawiać wrażenie przypadkowo poskładanej. W efekcie nawet tak prosta konstrukcja nie broni się pod względem projektowym.
Pominę już mniej istotne kwestie, takie jak wykorzystanie oryginalnej ścieżki dźwiękowej, która nie zawsze pasuje do klimatu gry, czy komiczny widok Woopera rzucającego Pokéballem, z którego wyskakuje on sam. Tego typu absurdalne detale można by jeszcze potraktować z przymrużeniem oka. Nie sposób jednak przejść obojętnie obok faktu, że cała produkcja ledwo trzyma się kupy i sprawia wrażenie działającej wyłącznie na słowo honoru. Nie chodzi tu zresztą wyłącznie o wcześniej wspomniane błędy związane z zakończeniem. Gra potrafi w losowych momentach zwyczajnie zapętlić się na oknie dialogowym. Mechanizm tego problemu jest prosty i wyjątkowo frustrujący. Po zakończeniu rozmowy okno dialogowe powinno się zamknąć, oddając graczowi kontrolę. Tymczasem tutaj natychmiast otwiera się ono ponownie i odtwarza całą rozmowę od początku. Jeśli nie posiadamy świeżego zapisu stanu gry, jedynym wyjściem pozostaje reset i rozpoczęcie rozgrywki od nowa. Na szczęście tytuł jest bardzo krótki, a jego ukończenie zajmuje około trzydziestu, czterdziestu minut, więc strata czasu nie jest ogromna. Trudno jednak oprzeć się pytaniu, kto przy zdrowych zmysłach miałby ochotę przechodzić tę grę po raz kolejny.
Warto również wspomnieć, że The Wooper Who Saved Christmas doczekało się sequela. Początkowo planowałem uruchomić go i omówić w jednym, wspólnym akapicie razem z pierwszą częścią. Niestety, a może na szczęście, plik nie chciał się uruchomić na żadnym z posiadanych przeze oprogramowań. Nie udało mi się także dotrzeć do innej wersji gry, w tym ewentualnie starszej, która mogłaby działać poprawnie.
Werdykt: Nie. Po prostu nie! Trzymajcie się od tego tytułu z daleka. Jeśli przyszłoby wam do głowy uruchomić go tylko dlatego, że zbliżają się święta i macie ochotę na coś o zimowym klimacie, darujcie sobie. To zwyczajnie kiepska gra, w której nie potrafię dostrzec jakichkolwiek realnych zalet. Jeżeli szukacie porządnych fanowskich produkcji, nie zatrzymujcie się w tym miejscu i szukajcie dalej.
Desert Bus
Dawno, dawno temu, bo w 1995 roku, na konsoli Sega Mega-CD zadebiutowała niepozorna gra zatytułowana Desert Bus, która bardzo szybko zyskała miano jednej z najnudniejszych gier w historii. Gracz wcielał się w kierowcę busa pokonującego trasę z Tucson w Arizonie do Las Vegas w Nevadzie. Przez bitych osiem godzin czasu rzeczywistego naszym jedynym zadaniem była jazda prostą drogą, całkowicie pozbawioną zakrętów, otoczoną jedynie niekończącą się pustynią. Jedynym elementem, który można uznać za jakiekolwiek urozmaicenie, była wada pojazdu polegająca na ciągłym znoszeniu w prawo, co zmuszało do nieustannego korygowania toru jazdy. Dotarcie do celu nagradzano jednym punktem, natomiast wypadnięcie z trasy w dowolnym momencie kończyło się natychmiastową porażką. Brzmi jak strasznie frustrująca i nudna gra? I tak właśnie jest.
Ale zaraz, dlaczego w ogóle wspominam o tej grze w artykule poświęconym fanowskim produkcjom z uniwersum Pokémonów? Powody są dwa. Po pierwsze, pewien pomysłowy fan postanowił przenieść ten osobliwy klasyk na grunt Pokémonów, a konkretnie na silnik Pokémon Fire Red. I tak, jest to po prostu Desert Bus, która pod względem założeń jest dokładnie tym samym, tylko w pokémonowej oprawie. Czy ta wersja różni się czymkolwiek od oryginału? Nie. Nadal mamy do czynienia z tak samo nudnym i frustrującym doświadczeniem, którego, nie będę ukrywał, nigdy nie ukończyłem w całości i nie mam najmniejszego zamiaru tego robić. Spróbowałem jednak i bezpowrotnie straciłem przy tym kilkadziesiąt cennych minut życia. Drugi powód jest już wyłącznie ciekawostką. Chciałem zwrócić uwagę na fakt, że fanowscy twórcy nie ograniczają się jedynie do tworzenia własnych wersji Pokémonów czy autorskich historii. Czasami pozwalają sobie na znacznie bardziej ekscentryczne pomysły i dają się ponieść kreatywnej fantazji, nawet jeśli prowadzi ona do projektów równie osobliwych.
Werdykt: Czy warto zagrać w Desert Bus? Eee… tak. Oczywiście, że tak. To najlepsza fanowska gra o Pokémonach, w jaką miałem przyjemność zagrać. A tak już całkiem na poważnie, sam nie wiem, dlaczego tak naprawdę w ogóle poświęciłem jej miejsce w tegorocznym zestawieniu. Czy naprawdę kazałem wam czekać cały rok na krótki wpis o Desert Busie? Wiem, wiem, sam czuję tu lekkie rozczarowanie. Ostatecznie jednak zdecydowałem się przyjrzeć tej produkcji z jednego, bardzo konkretnego powodu. Z czystej ciekawości. To bowiem doskonały przykład kreatywności fanów i tego, w jak nieoczywisty sposób potrafią oni wykorzystywać fundamenty klasycznych Pokémonów. Tak, to meme. Ale meme na tyle pomysłowy i absurdalny, że trudno przejść obok niego całkowicie obojętnie.
Podsumowanie
I tym samym dotarliśmy do końca drugiej części Przeglądu fanowskich gier o Pokémonach. W tym epizodzie zależało mi na pokazaniu możliwie jak najszerszej rozpiętości projektów tworzonych przez fanów. Chciałem przyjrzeć się zarówno tytułom bardziej znanym, jak i tym, o których w ogóle się nie mówi. Interesowały mnie gry możliwie bliskie oryginałom, oferujące jedynie drobne poprawki i modyfikacje, ale także kompletne osobliwości i eksperymenty, na które mało kto wpadłby w pierwszej kolejności.
Część trzecia z pewnością powstanie. W fanowskich grach tkwi pewna magia, która sprawia, że trudno się od nich oderwać. Nie potrafię jeszcze powiedzieć, kiedy kolejny artykuł się pojawi, ale jestem pewien, że prędzej czy później do tego dojdzie.
Redaktor of all trades. Gra we wszystko, co mu się nawinie. Niestety są to zazwyczaj symulatory sklepów. Wielki fan Persony, Undertale, Forzy Horizon i gier Hoyo. Fanatyk gier fabularnych RPG, takich jak Dungeons & Dragons, Warhammer Fantasy czy Zew Cthulhu.