Pół roku temu na łamach naszej strony opublikowaliśmy pierwsze wrażenia z wersji demonstracyjnej gry GlitchSPANKR, które były w dużej mierze bardzo pozytywne. Choć planowana premiera zaliczyła kilkumiesięczne opóźnienie, wreszcie możemy w pełni przyjrzeć się finalnej wersji produkcji. Sprawdźmy więc, czy ówczesne zachwyty znajdują potwierdzenie w pełnej odsłonie gry. Big...
Pół roku temu na łamach naszej strony opublikowaliśmy pierwsze wrażenia z wersji demonstracyjnej gry GlitchSPANKR, które były w dużej mierze bardzo pozytywne. Choć planowana premiera zaliczyła kilkumiesięczne opóźnienie, wreszcie możemy w pełni przyjrzeć się finalnej wersji produkcji. Sprawdźmy więc, czy ówczesne zachwyty znajdują potwierdzenie w pełnej odsłonie gry.
Big Booty Slapper 6
Zapada zmrok. Wszyscy domownicy od dawna śpią. To idealna chwila, by wymknąć się z własnego łóżka i po cichu uruchomić komputer, by zagrać w coś, czego raczej nie wypada odpalać ani w towarzystwie, ani w młodym wieku. W GlitchSPANKR wcielamy się w młodocianego gracza, który zamierza po raz pierwszy spróbować zakazanego owocu uruchamiając grę o wiele mówiącym tytule Big Booty Slapper 6. Niestety podczas ładowania produkcji pojawia się problem, a komputer zostaje zaatakowany przez wirusa. Jedynym wyjściem okazuje się instalacja specjalnego oprogramowania i rozpoczęcie desperackiej próby oczyszczenia komputera z niechcianego gościa.
GlitchSPANKR to pierwszoosobowa gra eksploracyjna, w której przemierzamy kolejne poziomy, uważnie wsłuchując się w dialogi toczące się w tle. Cel jest z pozoru prosty: odnaleźć i unieszkodliwić wirusa. Na tym jednak kończy się wszelka oczywistość. Podobnie jak w kultowym The Stanley Parable, podczas zabawy regularnie stajemy przed wyborami, które potrafią całkowicie odmienić dalszy bieg wydarzeń i poprowadzić historię w zupełnie różnych kierunkach. W efekcie dostępnych jest aż siedem zakończeń. Rozgrywka zachęca nie tylko do ich odkrycia, ale także do odnalezienia tego jednego, które można określić mianem prawdziwego finału.
GlitchSPANKR to przede wszystkim gra nastawiona na humor. Każdy poziom wypełniony jest żartami, zarówno w dialogach, jak i w samym projekcie lokacji. Warto jednak pamiętać, że poczucie humoru to sprawa wysoce indywidualna, a to co bawi jednych, u innych może nie wywołać żadnej reakcji. Żarty serwowane w GlitchSPANKR nie każdemu przypadną do gustu, ponieważ często mają dość infantylny charakter i sprawiają wrażenie kierowanych do młodszego odbiorcy. Osobiście zdarzyło mi się kilkukrotnie uśmiechnąć pod nosem, jednak przez większą część rozgrywki zachowywałem raczej kamienną twarz. Nie oznacza to jednak, że humor w grze jest żenujący czy męczący. Nawet jeśli nie wywołuje salw śmiechu, całość pozostaje lekka i przyjemna w odbiorze.
Mimo humorystycznej otoczki gra potrafi zaskoczyć poważniejszym tonem. Co więcej, każda ścieżka fabularna i każde zakończenie dokłada kolejne elementy do większej układanki. Zebrane razem, tworzą pełniejszy obraz historii ukrytej pod warstwą żartów i pogoni za wirusem. Szybko staje się jasne, że coś tu nie gra i że za pozornie prostą fabułą kryje się znacznie więcej. Naszym prawdziwym celem nie jest więc tylko pokonanie cyfrowego intruza, ale odkrycie prawdy o tym, co tu się tak naprawdę wyprawia. Sama fabuła nie należy do najlepiej napisanych, bohaterowie, choć wyraziści, nie potrafią w pełni wzbudzić głębszej sympatii. Gra mimo wyraźnych, wręcz desperackich, starań nie potrafi wywołać silniejszych emocji. Nie jest to jednak opowieść nieudana. Śledzi się ją bezboleśnie, a kompletowanie wszystkich fabularnych elementów potrafi przynieść pewną dozę satysfakcji.
Klepnij sobie wirusa… pełnego sprzeczności
Uzbrojeni w niszczącą kod packę przemierzamy niewielkie, z reguły liniowe poziomy. Początkowo naszym głównym zadaniem jest odnalezienie wirusa na danej mapie i jego unieszkodliwienie. Bardzo szybko jednak przeciwnik zaczyna adaptować się do sytuacji, kamuflując się pod postacią zwykłych elementów otoczenia. Zmusza nas to do metodycznego niszczenia wszystkiego dookoła w nadziei, że w końcu trafimy na prawdziwy cel. Z czasem rozgrywka zaczyna się wyraźnie urozmaicać, a GlitchSPANKR przeobraża się w prawdziwą mieszankę gatunków. Twórcy regularnie serwują nam rozmaite mini gry, które diametralnie zmieniają charakter zabawy. Po drodze trafimy na segmenty typu tower defense, fragmenty rodem ze strzelanek pierwszoosobowych, a nawet elementy inspirowane grami rytmicznymi w stylu Beat Sabera.
Taka różnorodność sprawia, że trudno tu mówić o nudzie. Gra nieustannie podrzuca coś nowego i regularnie zaskakuje kolejnymi pomysłami. Jednak, jak głosi stare porzekadło, jeśli coś jest do wszystkiego, to często bywa do niczego. Choć szeroka rozpiętość gatunkowa i wszechobecny chaos skutecznie utrzymują uwagę gracza, niestety żaden z dostępnych elementów nie został dopracowany na tyle, by naprawdę zapadał w pamięć. Żaden z segmentów nie daje szczególnej satysfakcji ani nie wyróżnia się na tyle, by chcieć do niego wracać. Żadna z mechanik nie daje ani wyjątkowej satysfakcji, ani szczególnej przyjemności płynącej z rozgrywki. Wszystko działa poprawnie, ale nic nie wyróżnia się na tyle, by można było to wspominać jako mocny punkt produkcji. To po prostu zbiór solidnych, poprawnych rozwiązań, którym brakuje wyraźnego charakteru.
Duża różnorodność dotyczy również samego projektu poziomów. Choć od czasu do czasu trafiamy na pomieszczenia utrzymane w podobnej stylistyce, każda lokacja stara się wyróżnić czymś własnym. Choć czasem trafimy na pomieszczenia utrzymane w podobnym stylu, każde z nich pozostaje unikalne i stara się wyróżnić zarówno pod względem wizualnym, jak i mechanicznym. Twórcy zadbali też o liczne smaczki i sekrety. W wielu miejscach natkniemy się na poukrywane dodatki, które nagradzają nas nowymi informacjami o fabule oraz elementami kosmetycznymi do naszej packi. Trafiają się również dekoracje do bazy wypadowej, która służy nam jako centrum między kolejnymi liniami czasowymi.
Eksperymentalny wirus
W artykule z pierwszych wrażeń pisałem, że jednym z najmocniejszym punktów dema była optymalizacja. Czy pełna wersja utrzymuje ten poziom? Odpowiedź brzmi zarówno tak, jak i nie. GlitchSPANKR testowałem na najwyższych ustawieniach graficznych w rozdzielczości 4K na jednej z najmocniejszych obecnie konfiguracji sprzętowych. Przez zdecydowaną większość czasu gra utrzymywała od 300 do 400 klatek na sekundę, co nawet biorąc pod uwagę niewielką skalę produkcji, należy uznać za wynik imponujący. Tym większe wrażenie robi fakt, że w kilku momentach gra w czasie rzeczywistym eksperymentuje z ustawieniami graficznymi i mimo to zachowuje wysoką wydajność. Problemem okazują się jednak sporadyczne spadki płynności. W kilku scenach, podczas zwykłej rozgrywki, dochodziło do nagłych zjazdów do około 60 klatek na sekundę. Choć wciąż jest to wartość w pełni grywalna, takie wahania, nawet jeśli można je policzyć na palcach jednej ręki, wyraźnie rzucają się w oczy. Optymalizacja stoi na bardzo wysokim poziomie, ale nie jest jeszcze dopracowana do perfekcji.
Pod względem oprawy audiowizualnej jest poprawnie, choć wyraźnie widać przestrzeń do dalszych usprawnień. Warstwa graficzna, podobnie jak reszta gry, lubi eksperymentować. Twórcy łączą nowoczesne efekty z estetyką pixel artu i ku zaskoczeniu działa to bardzo dobrze. Obraz jest przyjemny dla oka i nie męczy nawet podczas dłuższych sesji. To udany, choć niepozbawiony wad miks stylów. Problem w tym, że bardziej realistyczne elementy oprawy wyglądają momentami dość budżetowo. Można to jednak zrozumieć, biorąc pod uwagę, że mamy do czynienia z niewielką produkcją niezależną. Natomiast od strony dźwiękowej jest solidnie. Efekty są wyraźne i dobrze współgrają z tym, co dzieje się na ekranie, a muzyka, zwłaszcza piosenki, brzmi przyjemnie. Niestety całości brakuje pazura i czegoś, co pozwoliłoby jej wyróżnić się z tłumu. To dobre tło dla rozgrywki, ale również takie, które łatwo przeoczyć i jeszcze łatwiej zapomnieć.
GlitchSPANKR to produkcja bezpieczna i po prostu dobra, ale nic ponadto. Drzemie w niej ogromny potencjał, którego twórcom nie udało się w pełni wydobyć, choć wyraźnie widać, że włożyli w projekt sporo pracy i zaangażowania. Różnorodność rozgrywki potrafi zaskoczyć, jednak żaden z jej elementów nie wybija się na tyle, by na długo zapisać się w pamięci. Podobnie wygląda kwestia fabuły. Sam pomysł na historię i sposób jej odkrywania miał znacznie większy potencjał, niż ostatecznie pokazuje gotowa produkcja. Humor kilkukrotnie potrafi rozbawić, lecz jego wyraźnie infantylny charakter nie każdemu przypadnie do gustu. W efekcie mamy do czynienia z grą, przy której można spędzić kilka przyjemnych godzin, ale trudno oczekiwać, by na dłużej zapadła w pamięć lub zachęcała do ponownego przejścia.
Recenzja oparta o wersję gry na PC (Steam). Kopia gry do recenzji została podarowana przez wydawcę.
7.5
Ocena autora
Podsumowanie
Grafika
8.0
Udźwiękowienie
7.0
Gameplay
7.0
Fabuła
7.5
Strona techniczna
9.0
Ocena ogólna
7.5
Zalety
Historia z twistem do odkrycia
Zaskakująca mnogość gameplay'owa
Infantylny humor...
Wady
...który nie do każdego trafi
Nazbyt bezpieczna gra
Jak na ironię, mimo charakteru, jest nijaka i bezpłciowa
Redaktor of all trades. Gra we wszystko, co mu się nawinie. Niestety są to zazwyczaj karcianki, symulatory i rogue-like’i. Wielki fan Persony i Undertale. Fanatyk gier fabularnych RPG (m.in. Dungeons & Dragons, Warhammer Fantasy).