To musi być eksperyment społeczny, nie ma innego wytłumaczenia. Mam pewne odczucie deja vu. Chociaż nie jest to nowe odczucie w kontekście tej serii. Call of Duty to seria, która podtrzymuje coroczne premiery od 20 lat. Dla jednych jest to rozrywka, z której nie mogą się uwolnić, a dla innych może...
To musi być eksperyment społeczny, nie ma innego wytłumaczenia.
Mam pewne odczucie deja vu. Chociaż nie jest to nowe odczucie w kontekście tej serii. Call of Duty to seria, która podtrzymuje coroczne premiery od 20 lat. Dla jednych jest to rozrywka, z której nie mogą się uwolnić, a dla innych może być źródłem poznania różnych ciekawych militarnych historii. Seria Black Ops jest z nami od równo 15 lat i w tym roku otrzymujemy siódmą odsłonę tej pokręconej serii. Z perspektywy czasu jestem w stanie powiedzieć, że Black Opsy były moimi ulubionymi grami Call of Duty – szczególnie pierwsza i druga część. Trzecia, mimo słabej kampanii fabularnej, zdecydowanie obroniła się pod względem trybu multiplayer oraz trybu zombie, które ustanowiły pewien standard na lata do przodu. Po trójce niestety trochę odpadłem przy kolejnych Black Opsach, lecz przyszedł czas na powrót. Przed nami Call of Duty: Black Ops 7, które jest bezpośrednią kontynuacją historii z Black Ops 2. Czy tym razem udało się dostarczyć tak dobrą i ciekawą odsłonę? Bardzo chciałem, żeby tak było, ale niestety tak nie jest.
Kampania pełna absurdu
W kampanii Black Ops 7 ponownie wcielamy się w Davida Masona – dobrze nam znanego protagonistę z Black Ops 2 oraz syna Alexa Masona, protagonisty pierwszego Black Opsa. W czerwcu 2035 roku, dziesięć lat po tym, jak Mason powstrzymał spisek terrorystycznej organizacji „Cordis Die” mający na celu przejęcie floty dronów Stanów Zjednoczonych i zneutralizował jej przywódcę, Raula Menendeza, w Internecie pojawia się film Menendeza, w którym twierdzi on, że ataki z 2025 roku były „tylko początkiem” i że planuje podjąć kolejne kroki za trzy dni. W odpowiedzi „Gildia” – konglomerat technologiczny kierowany przez dyrektor generalną Emmę Kagan – przysięga bronić ludzkości. Wątpiąc w ich prawdziwe intencje, pułkownik Troy Marshall wysyła Davida i jego jednostkę „Specter One” (w skład której wchodzą agenci Mike Harper, Eric Samuels i Leilani „50/50” Tupuola) do śródziemnomorskiego miasta Avalon, gdzie znajduje się siedziba Gildii, aby zbadać sprawę. Po infiltracji laboratorium zespół wpada w zasadzkę i zostaje wystawiony na działanie toksyny halucynogennej, co powoduje, że ekipa doświadcza intensywnych wspólnych halucynacji. Przetrwanie zespołu jest możliwe dzięki cybernetycznym ulepszeniom ich mózgów i ciał. Kiedy „Specter One” próbuje uciec z obiektu, zostaje uwięziony w wizji Nikaragui, gdzie David konfrontuje się z widmem Menendeza. Podczas ucieczki Specter One odzyskuje dysk komputera kwantowego, a następnie niszczy laboratorium, powodując uwolnienie toksyny, skażenie Avalonu i wymuszając masową ewakuację, pozostawiając Gildię w kontroli nad tym obszarem.
Podczas ogrywania Modern Warfare III w 2023 roku myślałem, że nigdy nie doświadczę gorszej kampanii – lecz grubo się myliłem. Kampania fabularna w BO7 musi być jakimś eksperymentem społecznym. Po prostu nigdy nie ogrywałem czegoś tak bezsensownie napisanego; do tego stopnia, że momentami się zastanawiałem, czy za scenariusz nie było odpowiedzialne AI. Nasz bohater potrafi mieć pełną świadomość tego, co się dzieje, i nagle – odrobina toksyny – kompletnie traci jakiekolwiek połączenie z rzeczywistością, chociaż żadna osoba z jego zespołu nie odczuwa tego samego.
Sama struktura kampanii też jest po prostu okropna. Więcej niż połowa misji jest osadzona na najnowszej mapie z Warzone. Ten sam schemat był przerabiany w Modern Warfare III i sprawdził się fatalnie, więc kompletnie nie rozumiem decyzji, żeby to powtórzyć. Większość z tych misji wygląda po prostu tak samo. Nie mamy tutaj żadnych typowych dla Call of Duty oskryptowanych i widowiskowych momentów, z których ta seria słynie – i bardzo mi tego brakowało.
Pozostała część misji dzieje się w trakcie halucynacji naszego zespołu i są one kompletnie bez sensu. W większości biegamy po miniaturowych miejscach z Black Ops 1 oraz 2, które są nam przedstawione w formie latających wysp, i walczymy z dziwnymi stworami. Pojawiają się również bossy, które pojawiają się po prostu „bo tak” – bez żadnego konkretnego powodu.
Dobrze znany multiplayer
Black Ops 7 jednak nie jest w całości tragiczny. Treyarch tym razem nie zawiodło pod względem trybu multiplayer i jest on całkiem przyjemny. Mapy takie jak „The Forge” czy „Imprint” są całkiem niezłe, jeżeli chodzi o układ, i bawiłem się na nich dobrze. Zauważyłem też, że „time to kill” jest dosyć wysoki, jeżeli chodzi o mecze multiplayer. Jest to ciekawa decyzja, zwłaszcza że ogólne tempo rozgrywki jest wolniejsze niż zwykle. Jasne, dalej mamy mechaniki typu odbijania się od ścian czy robienia wślizgów, lecz są one mocno stonowane w porównaniu z poprzednimi Black Opsami – a szkoda, bo zawsze byłem fanem szybszej rozgrywki w tej serii.
Poza tym otrzymujemy standardową, nowoczesną wersję Call of Duty. Nawet mapy do bitew 20 na 20 są dość małe, co stanowi problem przy mechanice odradzania się, ponieważ wszyscy widzą, jak zeskakujemy z góry, i bardzo często zostajemy zestrzeleni w ciągu pięciu sekund od lądowania. Ucieszyło mnie, że po beta testach nie ma żadnej konkretnej mety, a nawet często pomijane lekkie karabiny maszynowe były dość skutecznymi broniami.
Największą zaletą trybu multiplayer w Black Ops 7 jest zdecydowanie otwarty system matchmakingu. W poprzednich grach był wykorzystywany system „Skill-Based Matchmaking”, który powodował, że jeżeli idzie nam zbyt dobrze, to będzie dobierać nam osoby, z którymi po prostu nie będziemy mieć szans. Nigdy nie byłem fanem tego systemu i bardzo mnie cieszy, że Treyarch – jako pierwsze studio – postanowiło stworzyć playlisty otwarte. Po prostu wraca przyjemność z gry.
Zombiaki zawsze w cenie
Ostatni tryb Zombies, w jaki grałem, był w nieszczęsnym Modern Warfare III – który był po prostu kiepski. Ten w Black Ops 7 to powrót do znanej formuły z poprzednich Black Opsów, chociaż ma swój unikalny twist. W tegorocznej edycji czeka na nas nowa przygoda, w której budujemy pojazd Wonder Vehicle i będziemy jeździć nim po wielu połączonych ze sobą lokacjach, realizując zadania – w tym instalując w nim maszynę Pack-A-Punch.
Nowy system ma jednak kilka wad. Nie podoba mi się, że każda przypadkowa osoba może po prostu zabrać pojazd i porzucić go na ścieżkach między lokacjami, rozłączyć się z meczu lub po prostu odjechać, pozostawiając resztę drużyny w trudnej sytuacji. Ogólnie rzecz biorąc, standardowa praktyka polegająca na przetrwaniu, aby zdobyć broń o wyższej rzadkości, a następnie ulepszyć ją w Pack-A-Punch, aby zadawała większe obrażenia – jednocześnie ulepszając pancerz i zdobywając nowe perki – pozostaje niezmieniona.
Wysoki poziom technologiczny
Call of Duty: Black Ops 7 nie można nic zarzucić pod względem technologicznym. Ta seria od zawsze oferowała bardzo dobrą optymalizację i przyzwoity poziom graficzny. Oczywiście nie jest to najładniejsza gra obecnej generacji, lecz trzyma się na przyzwoitym poziomie. Jeżeli chodzi o płynność rozgrywki, to trzeba ją bardzo pochwalić. Nie musiałem korzystać z DLSS czy FSR, aby bez problemu osiągnąć ponad 200 klatek na sekundę przy najwyższych ustawieniach graficznych.
Pod względem muzycznym Black Ops 7 jest dosyć nijaki, co jest dosyć dziwne, bo Black Opsy zwykle miały całkiem przyzwoitą ścieżkę dźwiękową. Do tej pory pamiętam świetną muzykę z lobby w Black Ops 4, która idealnie wpadała w ucho. Za tegoroczną odsłonę odpowiada Jack Wall, który jest bardzo doświadczonym kompozytorem – znanym z takich produkcji jak Jade Empire, seria Mass Effect czy nawet poprzednie Black Opsy (lecz tam nigdy nie był głównym kompozytorem). Dosłownie nie jestem w stanie przywołać żadnego konkretnego utworu z całej gry. Po prostu wpadały jednym uchem i wypadały drugim.
Jest też fakt, obok którego nie można przejść obojętnie: podejście Activision do wykorzystywania sztucznej inteligencji przy produkcji serii Call of Duty. W tym roku jest to wyjątkowo bezczelne. Znacząca większość “calling cardów” w grze jest niestety stworzona przez sztuczną inteligencję, a ich część wykorzystuje między innymi styl studia Ghibli – co może sugerować, że Activision trenowało swój model na pracach graficznych, do których nie ma praw autorskich ani praw do komercyjnego wykorzystania. Warto zapamiętać, że “calling cardy” to może być pierwszy krok do powszechnego wykorzystania AI w przyszłości, co jest tragicznym pomysłem.
Podsumowanie
Call of Duty: Black Ops 7 to bardzo dziwne połączenie. Przyzwoity tryb multiplayer i całkiem ciekawy tryb zombies są ściągane na dno przez najgorszą kampanię fabularną w całej serii. Jeśli lubicie tryb multiplayer tej serii, to warto sprawdzić tę grę, lecz zdecydowanie nie w obecnej cenie, bo całokształt zdecydowanie nie zasługuje na zakup.
Recenzja oparta o wersję gry na PC (Battle.net). Kopia gry do recenzji została podarowana przez polskiego dystrybutora Cenega.
5.0
Ocena autora
Podsumowanie
Grafika
8.0
Technikalia
9.0
Gameplay
6.0
Zawartość i fabuła
1.0
Dźwięk
6.0
Ocena ogólna
5.0
Zalety
Playlisty bez SBMM w trybie multiplayer.
Każdy rodzaj broni jest użyteczny.
Całkiem przyjemny pomysł na tryb Zombies.
Grafika na przyzwoitym poziomie.
Świetna optymalizacja.
Wady
Fatalna kampania fabularna.
Kampania jest trudniejsza jak gramy solo ze względu na brak botów.
Nijaka ścieżka dźwiękowa.
Wykorzystywanie AI do taniego generowania setek calling cardów.
Pracownik IT porankiem, redaktor popołudniami. Wieloletni gracz, który przyjmuje ciepło każdy gatunek, jeżeli gra daje z siebie wszystko. Oprócz gier chętnie przyjmie dobry film czy komiks.