0

Seria Pokémon trwa w najlepsze. Jednak czy nowa odsłona serii Legends to dobry powiew świeżości?

Seria Pokémon nie ma dobrej passy w ostatnich latach. Wszyscy pamiętamy, w jakim stanie zapremierowały odsłony Scarlet & Violet. Produkcje te były sporym krokiem pod względem samej rozgrywki, lecz stan techniczny był po prostu niewybaczalny. Gry zostały mocno poprawione przy okazji aktualizacji na Nintendo Switch 2, lecz oczywiście niesmak pozostał. Tym razem The Pokémon Company i Game Freak postanawiają jednak wrócić do marki Legends, po bardzo udanym Pokémon Legends: Arceus. Tym razem twórcy stawili na powrót do regionu Kalos, dobrze znanego z Pokémon X oraz Y, a dokładniej do miasta Lumiose, które jest największe w całej krainie. Co przyniesie przygoda osadzona tylko w jednym mieście? Przekonajmy się.

Droga do bycia wybrańcem

Pokémon Legends: Z-A wcielamy się w naszą własną postać, która zmierza pociągiem do Lumiose City, aby rozpocząć nowy rozdział w swoim życiu. Trafiając do miasta bez większego i konkretnego celu, zostajemy przypadkowo wciągnięci w sporą intrygę związaną z Mega Ewolucjami, które zaczynają nękać miasto. Po wyjściu z dworca spotykamy Taunie lub Urbaina, w zależności od tego, jaką płeć wybierzemy naszemu protagoniście. Nasz nowo spotkany znajomy proponuje nam udział w reklamie hotelu, w którym aktualnie urzęduje. W trakcie naszej rozmowy znienacka pojawia się Pancham, który kradnie naszą torbę. Razem z Taunie/Urbainem wybieramy się w gonitwę za małym złodziejem i napotykamy dwójkę trenerów, którym Pancham przynosi torbę. Po małej wymianie słownej zostajemy wyzwani na walkę, a Taunie/Urbain oferuje nam wybór Pokémona, który zostanie naszym starterem. Nasze możliwości wyboru to Tepig, Chikorita oraz Totodile. W moim przypadku wybór był prosty, z racji że jestem ogromnym fanem piątej generacji, więc Tepig został moim starterem. Po udanej walce zostajemy zaproszeni przez Taunie/Urbaina do Hotelu Z, o którym wcześniej była mowa. Tam dowiadujemy się, że placówka jest zarządzana przez AZ, którego dobrze możemy znać z Pokémon X&Y. Hotel Z jest główną bazą Teamu MZ, którego Taunie/Urbain jest liderem. Drużyna ta zajmuje się ochroną miasta i stara się dowiedzieć, co jest źródłem ciągle następujących “dzikich Mega Ewolucji” w mieście. Oczywiście, dostajemy zaproszenie do tego zespołu i przyjmujemy je, ze względu na to, że i tak nie mamy nic lepszego do roboty.

Po dołączeniu do Team MZ zostajemy uświadomieni, że w Lumiose funkcjonuje specjalne wydarzenie nazwane Z-A Royale. Jest to swego rodzaju turniej, w którym awansujemy na wyższe rangi oznaczone literami od Z do A. Z-A Royale ma na celu wyłonienie najsilniejszego trenera w mieście, który będzie w stanie pomóc naprawić problem związany z dzikimi Mega Ewolucjami.

Nigdy nie mam dużych oczekiwań, jeżeli chodzi o historie w grach Pokémon. Żadna z nich od premiery Black & White oraz Black 2 & White 2 nie była w stanie mnie w pełni porwać i zachwycić. W przypadku Legends Z-A niestety jest tak samo, a jestem w stanie stwierdzić, że druga połowa gry (z wykluczeniem końcówki) mnie po prostu wymęczyła. Game Freak nie miał żadnego pomysłu, w jaki sposób urozmaicić drugą połowę gry, i ogranicza się do powtarzania tego samego schematu aż pięciokrotnie, co jest kompletnym nieporozumieniem. Z-A powtarza też te same błędy, które robiło Sword & Shield. Przez pierwsze godziny gry jesteśmy stale trzymani za rękę i nie możemy robić niczego innego, co oferuje gra później. Ciągle jesteśmy powstrzymywani przez skrypty, które zawracają nas do głównego celu. Jasne, w późniejszych etapach gry już tego nie doświadczymy, ale strasznie psuje to odbiór samego początku.

Niestety, nie jestem też fanem tego, w jaki sposób Lumiose City zostało tutaj zrealizowane. Miasto wydaje się żywe na swój sposób, co oczywiście kompletnie nie jest wadą. Po dłuższej chwili czułem, jakbym się poruszał po labiryncie z masą ludzi i Pokémonów, a nie ciekawym miastem. Brakuje tutaj charakterystycznych lokacji, które zapadną w pamięć na dłuższą chwilę. Nie znajdziemy tutaj też żadnej różnorodności. Większość budynków wygląda dokładnie tak samo, a Dzikie Strefy (Wild Zone), w których możemy łapać Pokémony, ograniczają się do ulic i trawników. Brakuje mi tu podziału na różne biomy w tych strefach, aby otoczenie bardziej pasowało do stworków, które się w nim znajdują. W trakcie historii dostajemy też informację, że miasto przechodzi proces wielkiej przebudowy, lecz w trakcie gry zupełnie tego nie odczujemy, bo nic w nim się nie zmienia. Jasne, zobaczymy różne rusztowania czy barierki sygnalizujące budowę, lecz przez całą fabułę nie widzimy żadnych skutków tych działań. W moim odczuciu, miasto powinno się zmieniać w trakcie rozgrywki przynajmniej dwa razy, aby podbić immersję, a tak mamy po prostu puste słowa.

Teraz już nie jest bezpiecznie

Pokémon Legends: Z-A jako pierwsza odsłona z głównej serii wprowadza pełny system walki w czasie rzeczywistym. Jest to oczywiście kontrowersyjna zmiana dla wielu długoletnich fanów serii, lecz moim zdaniem jest to potrzebna zmiana, chociaż wymaga kilku poprawek. Sam rdzeń tego systemu jest całkiem przyjemnie wykonany na pierwszy rzut oka, lecz gdy zaczynamy się w niego zagłębiać, to wtedy jesteśmy w stanie zauważyć kilka problemów. Zacznijmy może od tego, jak działa ten system. Każdy z wrogich stworków musi zostać przez nas aktywnie oznaczony, aby nasz Pokémon był w stanie go zaatakować. Wtedy nasz podopieczny może używać czterech aktualnie nauczonych ataków, które mają swoje cooldown’y. Ataki nie różnią się od tych z turowych odsłon serii. W przypadku używania przedmiotów w trakcie walki to możemy to robić raz na określony czas, a cooldown otwarcia torby jest wyświetlony na dole ekranu.

Do walk w formacie 1 vs 1 nie mam kompletnie żadnych zastrzeżeń; wszystko działa jak należy, lecz schody się zaczynają, gdy na ekranie mamy trzech czy więcej przeciwników. System namierzania i blokowania się na wrogu zaczyna kompletnie głupieć, szczególnie gdy przeciwnicy są bardzo blisko siebie. Bardzo często po prostu zaczyna przeskakiwać totalnie losowo między przeciwnikami i nie daje nam żadnej precyzji przy używaniu ataków. Są też momenty w trakcie walk, w których kompletnie nie możemy odpalić żadnego menu, lecz gra nie daje nam żadnej informacji o tym, dlaczego nie możemy tego zrobić i kiedy będziemy mogli w ogóle odpalić jakiekolwiek menu. Niejednokrotnie spamowałem w przycisk “X” podczas walki i kompletnie nic się nie działo przez dłuższą chwilę. Było to bardzo frustrujące i często kosztowało mnie to życiem mojego stworka. Oprócz tych problemów sam system jest w porządku. Animacje ataków są bardzo dobrze wykonane i odpowiednio dopasowane do każdego Pokémona. Bardzo mnie cieszy, że w Pokémon Legends: Z-A Game Freak w końcu postanowił dodać w pełni funkcjonalny i czytelny dziennik, który jest podzielony na misje główne oraz poboczne. Bardzo ułatwia to całą rozgrywkę i nie powoduje, że sztuczne błądzenie wydłuża niepotrzebnie rozgrywkę, jak w innych grach. Generalnie rzecz biorąc, to cały interfejs użytkownika w Z-A jest bardzo dobrze wykonany. Jestem w stanie stwierdzić, że najlepszy z całej serii. Czytelny, stylowy i łatwy w obsłudze. Nic więcej nie jest potrzebne.

Opowiedziałem trochę o systemie walki, lecz zwykle inną dużą częścią Pokémonów jest eksploracja. Niestety w Legends: Z-A nie jest ona zrobiona zbyt dobrze. Jak już wcześniej wspominałem, miasto samo w sobie jest dosyć nudne pod względem wizualnym, a pod względem przyjemności przy eksploracji niestety nie jest lepiej. Cała eksploracja ogranicza się do zbierania przedmiotów z podłogi i niszczenia wyrastających na każdym kroku mega kryształów. Większość Pokémonów znajduje się w Dzikich Strefach, które same w sobie są zamknięte, chociaż możemy znaleźć kilka dzikich stworków poza tymi strefami, na drzewach, latarniach czy dachach budynków. Mimo, że nie jestem fanem samej mapy w Legends: Z-A to muszę bardzo pochwalić to w jaki sposób są stworzone wnętrza budynków. Wszelkie pomieszczenia, sklepy, muzeum, kawiarnie i wiele innych wnętrz jest wykonana z ogromną starannością jak na możliwości ich silnika. Niestety pokazuje to też mocny kontrast w kontekście wszystkiego na zewnątrz.

Pokémon Legends: Z-A oferuje bardzo dużo zawartości pobocznej w formie misji pobocznych. Samych misji jest ponad 100 i dzielą się na takie bardzo krótkie, typu włączenie windy czy naprawa drabiny, ale pojawiają się też dłuższe, jak śledztwa w kooperacji z detektyw Emmą, czyli kolejną powracającą postacią z X&Y. Sama zawartość główna jest, moim zdaniem, mocno ograniczona względem tej pobocznej. Przez większość fabuły robimy trzy rzeczy w pętli. Pokonujemy trenerów w Battle Zone w trakcie nocy, aby pozyskać punkty potrzebne do osiągnięcia meczu promocyjnego i awansu na wyższą rangę w Z-A Royale. Po awansie otrzymujemy informację, że w mieście pojawiły się trzy Pokémony, które będą przechodzić dziką Mega Ewolucję, i musimy się z nimi zmierzyć. Po pokonaniu stworków w całkiem emocjonujących walkach wracamy na sam początek pętli, czyli zbierania punktów. Cały proces powtarza się minimum pięć razy i przedstawia, że zespół twórców kompletnie nie miał pomysłu na rozgrywkę w tym mieście, a potencjał był po prostu ogromny.

Jak dobrze, że Switch już za nami

Mimo że ogrywałem Pokémon Legends: Z-A na Nintendo Switch 2, to od początku widać, że gra była tworzona z myślą o pierwszym Switchu. Budynki kompletnie nie są szczegółowe, tekstury nie są najwyższej jakości i w dalszym ciągu brakuje aktorstwa głosowego, co zdecydowanie ujmuje niektórym scenom w grze. Na pochwały jednak zasługują nowe modele i animacje Pokémonów, bo w końcu mamy dopasowane ataki do danego rodzaju Pokémona. Przykładowo, Blastoise i Mega Blastoise w końcu wykorzystują armaty, które chowają w swojej skorupie. Po fatalnej wpadce z Scarlet & Violet dostaliśmy też bardzo dobrą optymalizację zarówno na Switchu 1, jak i na Switchu 2. Nie widziałem żadnego znaczącego spadku płynności przez całą grę. W grze pojawiają się drobne błędy, przykładowo błędy kolizji, i jest kilka miejsc, gdzie możemy się zablokować na dobre, a naszą jedyną drogą ucieczki jest przeteleportowanie się do innego miejsca.

Pod względem muzycznym Pokémon Legends: Z-A to, oczywiście, klasa sama w sobie, jak cała reszta serii. Ciekawym faktem co do ścieżki dźwiękowej jest to, że wielu kompozytorów z tej właśnie odsłony było debiutantami w serii Pokémon, mimo że działają w branży gier od lat. Tym razem soundtrack stworzył zespół liczący ośmiu kompozytorów, w którego skład wchodzą: Minako Adachi (Pokémon Black & WhiteX&Y), Hiromitsu Maeba (Devil May Cry 5Resident Evil 4: Separate Ways), Carlos Eiene (Battle Suit AcesSkullgirls), Shinji Hosoe (Tekken 2, seria Ridge Racer), Ayako Saso (seria Tekken), Takahiro Eguchi (seria Sonic), Hitomi Sato (seria Pokémon), Shota Kageyama (seria Smash Bros., seria Pokémon). Tak zróżnicowana mieszanka zdecydowanie wyszła grze na dobre i usłyszymy tutaj masę dobrych utworów. Moim ulubionym jest utwór podczas walki z Jacinthe. Nigdy bym się nie spodziewał, że usłyszę electro swing w grze Pokémon, ale jednak dotrwałem do tego dnia.

Podsumowanie

Pokémon Legends: Z-A to całkiem dostateczna gra, która jednak wymagała trochę więcej planowania i lepszych pomysłów. Nowy system walki sprawdza się bardzo dobrze w wielu przypadkach, lecz w przypadku niektórych wykłada się po całości. Sama fabuła jest dosyć schematyczna i podąża zapętlonym schematem przez większość gry, co działa na szkodę tej produkcji. Biorąc jednak całokształt nie jest to zła gra w żadnym przypadku, lecz po prostu zawiera elementy, które potrzebowały modyfikacji lub poprawek.

Recenzja oparta o wersję gry na Nintendo Switch i Nintendo Switch 2.
Kopia gry do recenzji została podarowana przez polskiego dystrybutora Nintendo – ConQuest entertainment.

7.0

Ocena autora

Podsumowanie

Grafika
5.0
Technikalia
8.0
Gameplay
7.0
Zawartość i fabuła
6.5
Dźwięk
9.0
Ocena ogólna
7.0
Zalety
  • Przyjemny system walki.
  • Zróżnicowane i ładnie wykonane wnętrza budynków.
  • Bardzo ładne animacje Pokemonów.
  • Duża ilość zawartości głównej i pobocznej.
  • Świetna ścieżka dźwiękowa.
  • Widowiskowa końcówka gry.
Wady
  • Problemy namierzania przy większej liczbie przeciwników.
  • Męcząca druga połowa gry.
  • Mało zróżnicowana eksploracja.
  • Mapa jest bardziej labiryntem niż miastem.
O autorze

Paweł "Dedazen" Bortkiewicz

Pracownik IT porankiem, redaktor popołudniami. Wieloletni gracz, który przyjmuje ciepło każdy gatunek, jeżeli gra daje z siebie wszystko. Oprócz gier chętnie przyjmie dobry film czy komiks.

Twój adres email nie będzie publikowany. Wymagane pola są oznaczone *