Gra, która na przestrzeni lat stała się mitem, w końcu miała swoją premierę. Czy wyszło z tego coś dobrego? Czasami w branży gier wideo powstaje taka anomalia, że totalnie znikąd pojawia się bardzo imponujący projekt, który prezentuje się bardzo ciekawie, lecz po pierwszej zapowiedzi znika na długie lata bez...
Gra, która na przestrzeni lat stała się mitem, w końcu miała swoją premierę. Czy wyszło z tego coś dobrego?
Czasami w branży gier wideo powstaje taka anomalia, że totalnie znikąd pojawia się bardzo imponujący projekt, który prezentuje się bardzo ciekawie, lecz po pierwszej zapowiedzi znika na długie lata bez żadnych nowych wieści. Idealnym przykładem jest Cyberpunk 2077 od CD Projekt RED, gdzie od czasu pierwszej zapowiedzi do czasu premiery przebrnął przez długie 8 lat. Przypadkiem, który dzisiaj jest głównym tematem tego tekstu, jest Lost Soul Aside, który przebrnął przez podobną historię, lecz swój początek miał bardzo ambitny. Początkowo Lost Soul Aside było projektem jednego developera z Chin, który rozpoczął produkcję gry w 2014 roku, a ujawnił ją światu w 2016 roku. Już wtedy wyglądało to dosyć ambitnie jak na pracę jednej osoby, co oczywiście generowało masę różnych wątpliwości co do wiarygodności projektu. Po 9 latach od ujawnienia produkcji w końcu nadszedł czas, że mogłem dostać Lost Soul Aside w swoje ręce. Projekt oczywiście mocno się rozwijał na przestrzeni lat i finalnie nie jest pracą jednej osoby, a aktualnie 40-osobowego zespołu. Czy tak długo wyczekiwany tytuł jest jednak grywalny i – przede wszystkim – dobry? Sprawdźmy to!
Cesarstwo, Kosmici i inne dziwactwa
W Lost Soul Aside wcielamy się w Kasera, członka ruchu oporu, który dopiero co przybywa do stolicy, aby zrealizować plan swojej organizacji przed nadchodzącą paradą cesarza. Cały plan początkowo idzie po myśli bohaterów, lecz w momencie kulminacyjnym miasto zostaje zaatakowane przez kosmiczną rasę zwaną Voidrax. W trakcie całego zamieszania siostra głównego bohatera, Louise, zostaje porwana, a następnie jej dusza zostaje skradziona. W międzyczasie Kaser w krytycznym momencie zostaje uratowany przez smoczego Lorda, Arenę, który lata świetności ma już za sobą, ale dzięki Kaserowi ma okazję wrócić do starej formy. Arena i Kaser łączą siły w walce z Voidraxami i wyruszają w podróż po kontynencie i innych wymiarach w celu pokonania dziwnej rasy oraz odzyskania skradzionych dusz mieszkańców cesarstwa.
Na pierwszy rzut oka sam motyw historii jest całkiem przyzwoity, lecz w praktyce nie jest rozwinięty w żaden sensowny sposób i to, co widzicie wyżej, to praktycznie cała historia – bez większej głębi czy jakiegokolwiek wysiłku ze strony scenarzysty. Oprócz Kasera, Areny i jego siostry, żadna z postaci nie jest w żaden sposób warta zapamiętania, bo reszta działa jak takie MacGuffiny: nie mają żadnego rozwoju i są wykorzystywane bardziej jako przedmioty, które służą do pchania fabuły do przodu. Jak na tyle lat produkcji, kwestie fabularne powinny być dopięte na ostatni guzik, a jest po prostu tragicznie. Nie jestem w stanie pojąć, że nikt nie zauważył żadnych problemów przez tak długi okres czasu.
Sam przebieg fabularny pod względem rozgrywki też jest dosyć biedny i schematyczny. Wchodzimy do lokacji, mamy sekcje platformowe połączone z arenami z przeciwnikami, ubijamy bossa, powtarzamy wszystko przed bossem jeszcze raz, mamy kolejnego bossa i na sam koniec wchodzimy do innego wymiaru, gdzie możemy przetestować nową broń. Widać, że gra rozpoczęła produkcję w 2014 roku, bo niestety schemat rozgrywki i fabuły zatrzymał się w tym okresie.
Ale za walkę zwracam honor
Mimo że Lost Soul Aside ma kiepską fabułę i ogólną strukturę rozgrywki, to jest jedna rzecz, w której zdecydowanie się broni – jest to system walki, który jest bardzo imponujący. Nie jest to nic dziwnego, ponieważ od lat był wizytówką gry na wszystkich możliwych zwiastunach i materiałach z rozgrywki. W grze dostępne są cztery różne rodzaje broni: miecz, wielki miecz, glewia i kosa. Możemy przełączać się między nimi w dowolnym momencie. Każda z nich ma swój własny rytm, a łączenie ich w trakcie kombinacji ciosów jest płynne i satysfakcjonujące. Możemy dodać do tego umiejętności Areny – od tarcz po niszczycielskie ataki – a walki stają się bardzo efektowne.
Każda z broni ma swój unikalny styl. Miecz to typowa, uniwersalna broń, która jest dobra na każdą okazję. Wielki Miecz bardziej opiera się na kontrach, szarżowaniu i bardziej agresywnym stylu rozgrywki. Glewia jest moim ulubieńcem, bo pozwala na walkę dystansową i walkę wręcz. Podczas ataków na bliski dystans zbieramy ładunki, które możemy wykorzystać do ataków dystansowych. Kosa jest zdecydowanie dla osób, które lubią utrzymywać przeciwników w powietrzu przez długi czas. Łącząc te wszystkie cztery style, dostajemy ogromną swobodę w naszych ruchach, zwłaszcza gdy zaczniemy wypełniać drzewka umiejętności dla każdej z broni. Combosy stają się wtedy praktycznie nieograniczone.
Niestety, smutną prawdą jest to, że wspomniane wcześniej combosy wykorzystamy jedynie w pokoju treningowym. Przeciwnicy w Lost Soul Aside nie dają nam żadnego wyzwania. Przez całą grę umarłem tylko dwa razy i oba przypadki były wynikiem mojej własnej głupoty, a nie wysokiego poziomu trudności gry. Brakuje tutaj możliwości wyboru poziomu trudności, a taką opcję dostajemy dopiero po ukończeniu gry. Gra nie jest jednak na tyle ciekawa, aby zachęcać do kolejnego podejścia.
Najgorszym problemem całej struktury Lost Soul Aside jest to, że nie czujemy żadnego naturalnego postępu. Z czasem możemy zaczynać odczuwać, że przeciwnicy stają się gąbkami na obrażenia, a nic, co mamy w ekwipunku, nie pozwala na zwiększenie naszej siły ataku. Działo się tak przez dłuższy czas, aż do momentu, gdy przypadkowo umarłem, spadając w przepaść przy małym poziomie zdrowia. Wtedy otrzymałem amulet, który podnosi moje obrażenia i obniża otrzymywane obrażenia. Pomyślałem sobie wtedy, że jest to dziwna rzecz do otrzymania po tylko jednej śmierci. Przy drugiej śmierci dostałem kolejne dwa amulety, które były jeszcze mocniejsze niż poprzedni. To był moment, w którym zdałem sobie sprawę, że twórcy nie potrafili stworzyć naturalnego rozwoju bohatera i musieli się posiłkować tym, że gracz umrze i otrzyma „ułatwiacz”. Coś po prostu absurdalnego.
Ładna tragedia
Lost Soul Aside to ładna gra. Nie jest to szczyt graficzny obecnej generacji konsol, ale nie można powiedzieć, że to gra brzydka czy – wizualnie – najwyżej przeciętna. Lokacje są całkiem różnorodne, co pozwala twórcom zaprezentować różne style. Niestety, często, moim zdaniem, nie miały one żadnego ładu i składu i wyglądały, jakby zupełnie nie pasowały do świata, w którym są; inne lokacje też do siebie nie pasują. Mapy, po których się poruszamy, są niestety puste i bez życia – nawet główne miasto, w którym leży baza naszego bohatera. Niby mamy do czynienia z wielkim miastem cesarskim, a ludności praktycznie w nim nie ma.
Pod względem technicznym Lost Soul Aside to bardzo dziwny przypadek. Gra przez większość czasu działa całkiem nieźle, ale potrafi „chrupnąć” na totalnie losowych rzeczach, takich jak odpalenie menu postaci. Wtedy klatki potrafią spaść nawet piętnastokrotnie przy odpaleniu menu, w którym nie ma niczego oprócz modelu bohatera i przycisków. W walce niestety gra też potrafi zrzucić kilkaset klatek w dół w ułamku sekundy, co bardzo utrudnia dynamiczną walkę. Optymalizacja oczywiście nie jest jedynym problemem, bo gra ma masę różnych błędów. W jednym momencie, na początku trzeciego rozdziału, myślałem, że będę musiał zakończyć swoją przygodę z grą, gdyż po ukończeniu walki na arenie miał się odpalić skrypt aktywujący scenkę fabularną, a wcześniej zablokował mnie autozapis. Zostawiłem grę na kilka minut, aby skorzystać z toalety, i jakimś cudem cutscenka się odpaliła. Nigdy nie widziałem czegoś takiego. Słyszałem też o przypadkach, gdzie drzewka umiejętności nie chcą się odblokować przy pozyskaniu nowej broni, czy o blokowaniu się w niewidzialnych ścianach. Gra o tak długiej produkcji nie powinna mieć premiery w takim stanie.
Kwestie audio w Lost Soul Aside to też dziwny element. Angielski dubbing jest po prostu fatalny. Brzmi tak, jakby po prostu wzięto amatorów z ulicy i dano im grać bez żadnego reżysera. Pewnie część z was widziała klip spadającego i krzyczącego głównego bohatera. Tak, to nie jest edytowany klip; to jest prawdziwy fragment. Pod względem muzycznym niestety mało co się wyróżnia. Widać, że nie było tutaj żadnego doświadczonego kompozytora, który trzymałby ten soundtrack w odpowiednich ryzach. Najbardziej w pamięci zapadł mi utwór „Zana” śpiewany przez Amandę Achen. Pamiętam go, ze względu na to że jest na końcu gry i jest jednym z nielicznych, gdzie czuć „duszę”.
Podsumowanie
Lost Soul Aside to idealny przykład zmarnowanego potencjału. Świetna walka to niestety za mało, aby dostarczyć dobrą grę. Praktycznie wszystkie inne elementy gry to relikty sprzed 10 lat lub po prostu są źle zrobione. Wielka szkoda, bo na zapowiedziach gra miała ogromny potencjał i prezentowała się bardzo dobrze, ale jest to idealny dowód, że w dzisiejszych czasach nie możemy brać niczego za pewnik.
Recenzja oparta o wersję gry na PC (Steam). Kopia gry do recenzji została podarowana przez wydawcę PlayStation Polska.
Pracownik IT porankiem, redaktor popołudniami. Wieloletni gracz, który przyjmuje ciepło każdy gatunek, jeżeli gra daje z siebie wszystko. Oprócz gier chętnie przyjmie dobry film czy komiks.