0

Nie bez powodu pierwsza i druga Mafia uznawane są za gry kultowe. Trzecia odsłona, choć nie była produkcją wybitnie złą i potrafiła dostarczyć odrobiny frajdy, zaliczyła fatalny start, a decyzja o podążeniu w stronę rozwiązań znanych z serii Grand Theft Auto okazała się całkowicie chybiona. W tej kwestii trudno byłoby znaleźć fana marki, który miałby odmienne zdanie. Mafia: The Old Country (polski tytuł Mafia: Dawne strony) ma być powrotem do korzeni i, jak się okazuje, dotyczy to nie tylko samej rozgrywki.

Rodzina jest najważniejsza

Fabuła stanowi prequel wydarzeń znanych z poprzednich części serii. Tym razem twórcy zabierają nas do kolebki włoskiej mafii, na Sycylię w roku 1904. Wcielamy się w młodego chłopaka imieniem Enzo, który nie tylko nie znaczy nic w lokalnej społeczności, ale jest wręcz zwykłym niewolnikiem zmuszonym do pracy w kopalni siarki. W wyniku splotu dramatycznych wydarzeń porzuca dotychczasowe życie, a jego drogi krzyżują się z potężną rodziną mafijną Torrisi.

To opowieść, którą znamy aż za dobrze i którą widzieliśmy już nie raz. Zaczynamy od absolutnego zera, by stopniowo zdobywać szacunek i wspinać się po mafijnej drabinie na sam szczyt. Historia jest pełna intryg, gangsterskich porachunków, zdrad, zemsty oraz niemożliwej do spełnienia miłości. Od pierwszych minut aż po finał wiemy, czego się spodziewać i kompletnie nic nie jest w stanie nas tu zaskoczyć. Tym większa szkoda, że twórcy nie pokusili się o odrobinę “szaleństwa” i nie dali graczowi możliwości wyboru, jak powinna zakończyć się opowieść. Była ku temu idealna okazja i przestrzeń fabularna. Zamiast tego otrzymaliśmy zakończenie bardzo liniowe, które może wielu graczy nieco rozczarować.

Nie uważam jednak, by ta liniowość była czymś złym, a nawet wręcz przeciwnie. Twórcy mieli jasno określoną wizję i konsekwentnie trzymali się jej do samego końca, co wyszło grze na dobre. Bo prawda jest taka, że o jakości opowieści nie świadczy jej nieliniowość czy wielość zwrotów akcji. Naprawdę dobrą historię poznaje się po tym, jak mocno ona angażuje i wpływa na emocje odbiorcy, a Mafia: The Old Country potrafi jedno i drugie. Historia Enzo i rodziny Torrisi, choć jak już wspomniałem nie jest ani oryginalna, ani przełomowa, została opowiedziana w sposób mistrzowski. To fabuła, którą widzieliśmy już wiele, może nawet zbyt wiele razy, jednak dzięki świetnemu scenariuszowi, prowadzeniu narracji i reżyserii pozostaje niezwykle wciągająca.

Całość śledzi się niczym świetnie zrealizowany, wciągający serial gangsterski, co w gruncie rzeczy jest bardzo bliskie prawdy. Gra stawia wyraźny nacisk na opowieść, a gameplay pełni rolę uzupełnienia historii. Dla przykładu, choć całość ukończyłem w jedenaście godzin, do ręki broń bierzemy po raz pierwszy w okolicach trzeciej godziny rozgrywki. Żeby było jasne, sceny akcji pojawiają się od samego początku i prezentują się solidnie, jednak pozostają jedynie dodatkiem do fabuły, którą śledzi się z dużym zaangażowaniem. Oprócz świetnie napisanego scenariusza wpływ mają na to dwa inne elementy. Pierwszym są liczne, doskonale wyreżyserowane przerywniki filmowe z bardzo dobrym motion capture. Drugim, znakomicie wykreowani bohaterowie, zarówno pierwszo-, jak i drugoplanowi. Każdy z nich ma własny charakter, zobowiązania i sposób życia. Są różnorodni, a choć nierzadko podejmują moralnie wątpliwe decyzje, rozumiemy ich, lubimy i kibicujemy im. Dzięki temu losy postaci naprawdę nas obchodzą, a gdy dochodzi do konfliktów, odczuwamy całą gamę emocji. To najlepiej świadczy o jakości tej opowieści.

Mafijne porachunki

Pod względem struktury twórcy słusznie porzucili otwartą formułę znaną z trzeciej części, która miała zbliżyć serię do GTA i uczynić z niej konkurencję dla tej marki. Zamiast tego postawili na liniowość, z której słynęły dwie pierwsze odsłony. W teorii mamy tu otwartą mapę, w praktyce jest to jedynie iluzja. Fabuła, jak już wspominałem, przebiega w sposób zamknięty i pozbawiony przerw. Oznacza to, że poruszamy się wyłącznie w wyznaczonym kierunku lub po określonym terenie. Możemy zjechać z głównej drogi, ale wówczas trafimy albo na sprytnie rozmieszczone niewidzialne ściany, albo na zupełną pustkę. Ta produkcja od początku nie miała być sandboxem i to zdecydowanie wychodzi jej na dobre.

Gra stara się jak najbardziej przypominać film, oferując przy tym różnorodne misje. Dla przykładu, weźmy wyścig samochodowy. Jeśli na ten dźwięk u weteranów pierwszej części właśnie odżyły traumatyczne wspomnienia, mogę uprzedzić, że The Old Country próbuje wzbudzić podobne emocje w dokładnie ten sam sposób. Na szczęście sam wyścig, choć potrafi być stresujący, w rzeczywistości nie jest przesadnie trudny. A skoro już mowa o poruszaniu się inaczej niż pieszo, kilkukrotnie w trakcie gry zasiądziemy za kierownicą samochodów oraz dosiądziemy koni. O ile do jazdy konnej trudno się przyczepić, tak model prowadzenia samochodów pozostawia wiele do życzenia. Nie oczekuję czegoś rodem z Forzy Horizon czy Gran Turismo, ale liczyłbym przynajmniej na to, by jazda nie była frustrująca. Niestety auta są niestabilne i mają tendencję do nadmiernego ślizgania się. Czasem wygląda to efektownie i filmowo, lecz znacznie częściej okazuje się zwyczajnie niewygodne i irytujące.

Podstawą scen akcji pozostają klasyczne wymiany ognia. Sprawdzają się jako wypełnienie pomiędzy kolejnymi przerywnikami filmowymi, jednak mogą rozczarować, jeśli liczymy na coś bardziej rozbudowanego. Schemat jest prosty: przechodzenie od jednej osłony do drugiej i strzelanie w odpowiednim momencie. Przeciwnicy nie imponują inteligencją – przez większość czasu stoją w tych samych miejscach, cierpliwie czekając na swoją kolej do odstrzału. Szczytem ich możliwości jest rzucenie w naszym kierunku granatu, zmuszając nas do przejścia za inną osłonę.

Na szczęście gra nie ogranicza się wyłącznie do strzelanin. Wiele misji wymaga skradania się, a w większości przypadków mamy wybór, czy chcemy działać w stylu Rambo, czy raczej Agenta 47. Niestety i tutaj przeciwnicy zdradzają swoje ograniczenia. Zawsze ustawiają się plecami do nas i tak, by ich towarzysze nie widzieli momentu, w którym ich eliminujemy. Jeśli jednak zdarzy się, że patrzą w naszym kierunku, wystarczy rzucić za nich monetę lub butelkę – których na mapach nie brakuje – a natychmiast odwrócą się plecami, wystawiając się na atak.

Nie da się ukryć, że niezależnie od wybranego stylu, gra pozwala poczuć się jak niepowstrzymany anioł śmierci, a to daje sporą satysfakcję. Mimo to trudno oprzeć się wrażeniu, że mechanikę starć można było zaprojektować w sposób bardziej wymagający.

Co ciekawe, w grze pojawiają się także pojedynki z bossami. Wbrew temu, co mogliby pomyśleć niektórzy, nie są to starcia z przeciwnikiem, którzy w magiczny sposób potrafi przyjąć na klatę cały magazynek. Zamiast tego mamy do czynienia z klimatycznymi walkami na noże. Choć ich mechanika jest prosta do opanowania i w gruncie rzeczy niezbyt wymagająca, starcia te wymagają skupienia oraz dobrego refleksu. Praktycznie każdy pojedynek przebiega według tego samego schematu, jednak dzięki temu, że nie występują zbyt często, a w ich trakcie często rozwijana jest fabuła, nie nudzą się.

Warto na moment przyjrzeć się systemowi ekwipunku. Podczas rozgrywki możemy plądrować ciała wrogów oraz otwierać zamknięte skrzynie, zdobywając w ten sposób amunicję, bandaże, pieniądze oraz inne przydatne przedmioty. Walutę można przeznaczyć na zakup nowych pojazdów, koni, ubrań i różnego rodzaju elementów kosmetycznych. Co istotniejsze, pozwala ona także na zaopatrzenie się w nową broń palną i noże. Arsenał nie jest przesadnie rozbudowany, ale każda sztuka różni się statystykami i inaczej się z nich korzysta. W tym miejscu warto jednak wspomnieć o wersji Deluxe, która od samego początku udostępnia dodatkowe, ekskluzywne bronie i środki lokomocji. Problem w tym, że nie są to jedynie kosmetyczne dodatki – oferują one znaczną przewagę. Jeśli zdecydujemy się na droższą edycję, już od startu gry stajemy się niemal niepowstrzymaną siłą, poruszającą się pojazdem szybszym niż wiele współczesnych samochodów sportowych. Nie mam nic przeciwko dodatkom w edycjach specjalnych czy bonusom za pre-order, jednak w tym przypadku wrażenie braku balansu może pozostawić pewien niesmak.

Mocno osadzone korzenie

Pod względem oprawy audiowizualnej nie jest to najlepsza gra roku, jednak nie oznacza to, że nie ma na co popatrzeć ani czego słuchać. Produkcja prezentuje się bardzo dobrze i potrafi zrobić wrażenie, a momentami wręcz zachwyca. Lokacje oraz cały świat gry wyglądają fenomenalnie. Zdarzyło mi się nie raz i nie dwa zatrzymać w miejscu tylko po to, by podziwiać widoki. Pewnym mankamentem jest jedynie prędkość wczytywania niektórych tekstur, szczególnie tych znajdujących się w dalszej odległości. Już z daleka widać, jak są płaskie, a ich doczytywanie na naszych oczach potrafi wybić z immersji.

Pod względem technicznym jest zdecydowanie lepiej niż w przypadku premiery Mafii 3 sprzed dziewięciu lat, kiedy to gra była wręcz niegrywalna. Mimo to Mafii: The Old Country wciąż daleko do ideału i nie jest ona wolna od problemów. Spośród poważniejszych warto wymienić sporadyczne wyrzucanie do pulpitu, które zmusza do wczytania gry od ostatniego punktu kontrolnego. Optymalizacja jest na akceptowalnym poziomie, choć spodziewałem się lepszych rezultatów. Gra była testowana na jednej z najwydajniejszych konfiguracji dostępnych obecnie na rynku (m.in. RTX 5080, Ryzen 7 9800X3D) w rozdzielczości 4K, na wysokich ustawieniach i bez włączonego DLSS. W takich warunkach osiągała 70–80 klatek na sekundę, z okazjonalnymi spadkami do 55–60 w bardziej efektownych momentach. Niestety, najwyższe ustawienia graficzne okazały się niedostępne bez poważnych kompromisów w płynności rozgrywki.

Pozostając jeszcze przy temacie optymalizacji, muszę ponarzekać na przejścia między scenkami przerywnikowymi a rozgrywką. W tych momentach gra potrafi przycinać wręcz niemiłosiernie, co wygląda wyjątkowo źle i psuje odbiór. Warto też wspomnieć o samej wersji PC. Działa ona ogólnie dobrze i poza wspomnianymi problemami trudno znaleźć większe powody do narzekań, ale widać, że mamy do czynienia z dość niezgrabnym portem z konsol. Można niemal odnieść wrażenie, że przy przenoszeniu gry ograniczono się do dodania rozbudowanego menu ustawień graficznych i zamiany ikon przycisków na te odpowiadające myszce i klawiaturze. Cała reszta pozostała praktycznie bez zmian. Dobrym przykładem jest początek nowej gry, kiedy to tytuł prosi nas o skonfigurowanie sterowania na padzie, nawet jeśli nie mamy go podłączonego. To jednak drobnostka, która nie wpływa znacząco na samą rozgrywkę. Gra na myszce i klawiaturze jest bowiem w pełni komfortowa i działa płynnie.

Mafia: The Old Country to gra, która niewątpliwie ma swoje problemy i niedoskonałości. Nie jest to produkcja doskonała, jednak zdecydowanie warto dać się jej skusić. Tym bardziej, że kosztuje zaledwie 220 złotych, co przy dzisiejszych cenach, gdy podstawowe edycje gier potrafią osiągać ceny nawet 350 złotych, stanowi bardzo atrakcyjną ofertę. The Old Country może ma prostą i mało oryginalną historię, ale to jak została ona napisana i poprowadzona zasługuje na wszelkie honory. Śledzenie losów Enzo naprawdę angażuje i potrafi wywołać sporo emocji. To po prostu świetny serial gangsterski, który pochłania już od pierwszych minut.

Recenzja oparta o wersję gry na PC (Steam).
Kopia gry do recenzji została podarowana przez polskiego wydawcę Cenega.

8.0

Ocena autora

Podsumowanie

Grafika
8.5
Udźwiękowienie
8.0
Gameplay
7.0
Fabuła
9.5
Strona techniczna
6.5
Ocena ogólna
8.0
Zalety
  • Świetnie poprowadzona historia

  • Bohaterowie, z którymi można się zżyć

  • Filmowa rozgrywka

  • Przepiękna Sycylia

Wady
  • Błędy wywalające do pulpitu

  • Optymalizacja mogłaby być ociupinkę lepsza

  • Ekstremalnie głupi przeciwnicy

  • Jazda autami bywa irytująca

O autorze

Bartosz "Lisek Volsgen" Michalik

Redaktor of all trades. Gra we wszystko, co mu się nawinie. Niestety są to zazwyczaj symulatory sklepów. Wielki fan Persony, Undertale, Forzy Horizon i gier Hoyo. Fanatyk gier fabularnych RPG, takich jak Dungeons & Dragons, Warhammer Fantasy czy Zew Cthulhu.

Twój adres email nie będzie publikowany. Wymagane pola są oznaczone *