Wielki powrót wielkiego goryla przed nami. Jednak czy faktycznie udany? Nie będę oszukiwał – nigdy nie miałem po drodze z serią Donkey Kong. Jedyną odsłonę w serii, w którą grałem, jest Donkey Kong Country na SNES-ie, więc można powiedzieć, że miałem dosyć świeże podejście do Bananzy i nie byłem zaślepiony nostalgią czy fanserwisem. Ciężko...
Wielki powrót wielkiego goryla przed nami. Jednak czy faktycznie udany?
Nie będę oszukiwał – nigdy nie miałem po drodze z serią Donkey Kong. Jedyną odsłonę w serii, w którą grałem, jest Donkey Kong Country na SNES-ie, więc można powiedzieć, że miałem dosyć świeże podejście do Bananzy i nie byłem zaślepiony nostalgią czy fanserwisem. Ciężko w to uwierzyć, ale Donkey Kong Bananza to pierwsza całkowicie nowa odsłona serii od 11 lat – czyli od premiery Donkey Kong Country: Tropical Freeze na Wii U w 2014 roku. Fani serii musieli być bardzo cierpliwi, aby otrzymać nową odsłonę przygód kultowej małpy, lecz czas oczekiwania w końcu się zakończył. Bananza stara się wykorzystywać moc i funkcje nowej konsoli Nintendo – czyli oczywiście Switcha 2 – wprowadzając całkowicie nowy model destrukcji otoczenia w serii, nowe elementy sterowania i wiele innych. Czy taka mieszanka jest jednak przepisem na sukces? Czy Nintendo dalej ma to „coś”, po tylu latach od ostatniej odsłony? Przekonajmy się!
Widzisz to? Uderz w to!
Raczej nie trzeba wspominać, w kogo się wcielamy w Bananzie – macie to w tytule. Nasz bohater zaczyna swoją przygodę na Ingot Isle, na której małpy – a raczej „Kongi” – odkryły specjalne kryształy, określane jako „Banandium Gems”. DK postanawia zaangażować się w proces wykopywania i wyszukiwania wcześniej wspomnianych bananowych kryształów. W trakcie wędrówki po podziemiach DK trafia na dziwny, fioletowy kamień, który potrafi mówić. Po dłuższej chwili okazuje się, że w kamieniu zamknięta jest Pauline – postać, która pojawia się w serii już od pierwszej odsłony. W poprzednich grach była trochę taką „damą w potrzebie”, lecz w Bananzie pojawia się jako dziecko i działa jako drugi protagonista. DK chce jak najwięcej bananów, Pauline chce się wydostać z podziemi i wrócić na powierzchnię. Oba te cele może umożliwić specjalny korzeń, który znajduje się w rdzeniu planety. DK i Pauline finalnie decydują się dotrzeć do rdzenia. Wędrówka nie jest jednak taka prosta, gdyż na ich drodze staje Void Company – czyli grupa antagonistów, którzy kradną wszystkie Banandium Gems z podziemi. Void Company składa się z Grumpy Konga, Poppy Konga oraz Void Konga, który jest szefem całej operacji.
Sam przebieg fabuły w Donkey Kong Bananza jest dosyć lekki – nie ma co się spodziewać tutaj jakiegoś wysokiej jakości scenopisarstwa. Nie powinno to raczej nikogo dziwić. Gry Nintendo w większości przypadków są nastawione na rozgrywkę, a sam wątek fabularny jest mocno w tle lub nie ma go wcale. Tutaj nie jest inaczej – rozgrywka stanowi spokojnie 90% doświadczenia i nie ma w tym nic złego. Jeżeli rozgrywka jest bardzo dobra, potrafi mi wynagrodzić to, że fabuła jest znikoma.
W kwestiach fabularnych warto wspomnieć, że mamy tutaj voice acting! Pauline w pełni mówi po angielsku, a małpy posługują się swoim wymyślonym językiem (oczywiście z dostępnymi napisami). Mam nadzieję, że Nintendo nie zrezygnuje z tego trendu, bo wiele innych gier wydawanych przez nich tego potrzebuje. (Patrzę na was, Pokemony…)
Platformowa destrukcja
Bananza to bardzo ciekawy twór. Nintendo pewnego razu pomyślało sobie: “Co by się stało, gdybyśmy połączyli Breath of the Wild, Super Mario Odyssey oraz The Incredible Hulk: Ultimate Destruction?” No i właśnie ta gra jest efektem tego myślenia. Mamy tutaj jakość Super Mario Odyssey pod względem platformowym, elementy rdzenia fabuły znane z Breath of the Wild oraz destrukcję i rozgrywkę wzorowaną na Hulku. Trzeba przyznać, że to połączenie jest wybitne i kreatywnie przemyślane.
W Donkey Kong Bananza najważniejsze są ruch i niszczenie. Każda warstwa podziemnego świata jest pełna terenów, które można zniszczyć, ukrytych pomieszczeń i bananów do zebrania. Zestaw ruchów DK daje nam możliwość toczenia się, skakania, wspinania się i przebijania przez wszystko – od miękkiej ziemi po wzmocnioną stal.
Będziemy przeszukiwać każdy poziom w poszukiwaniu Banandium Gems. Można je wydać na nowe umiejętności, takie jak: podwójne skoki, szybsze ciosy i dodatkowe zdrowie. Niektóre umiejętności zmieniają to, w jaki sposób gramy, w zależności od tego, co czeka nas na danym poziomie. Z biegiem fabuły poznajemy specjalnych “starszych”, którzy są liderami różnych ras w podziemiach. Każdy z nich jest związany z muzyką i – aby uzyskać ich moc – musimy odszukać specjalną płytę winylową. Po odszukaniu płyty otrzymujemy specjalne transformacje, które dają nam nowe umiejętności.
Donkey Kong Bananza to gra, która jest przeładowana zawartością. Wcześniej wspominałem, że DK i Pauline zbierają Banandium Gems – no i trzeba przyznać, że jeżeli chcemy zebrać wszystkie, to czekają nas długie godziny, bo mamy ich do zebrania aż tysiąc. Większość z nich jest oczywiście opcjonalna i nie jest wymagana do ukończenia gry.
Wszystkie “ponadprogramowe” banany znajdziemy w różnych opcjonalnych wyzwaniach, które są rozsiane po warstwach podziemia. Niektóre z nich to zwykłe areny, gdzie musimy ubić kilku wrogów w 30 sekund, a inne to rozbudowane poziomy inspirowane Donkey Kong Country. A jako że to była jedyna gra z serii, w którą grałem przed Banzaną, to czułem się jak w domu.
Mimo że sam pomysł i realizacja Bananzy są świetne, to z czasem jednak pojawia się lekkie zmęczenie materiałem. Niektóre elementy rozgrywki, takie jak walki z bossami, stają się bardzo powtarzalne – w większości polegają tylko na podbiegnięciu do bossa, spamowaniu przyciskiem ataku, odczekaniu animacji oszołomienia i zmianie jego lokacji, a następnie powtarzamy ten sam proces, aż pasek jego zdrowia spadnie do zera. Większość walk to kwestia kilkudziesięciu sekund. Jednak bardzo szanuję całą sekwencję końcową. Był to prawdziwy zastrzyk adrenaliny, absurdu i fanservice’u – w najlepszym tego słowa znaczeniu.
Voxelowy rarytas
Donkey Kong Bananza to imponująca gra z punktu widzenia technicznego. Większość poziomów możemy po prostu zrównać z ziemią dzięki voxelowemu systemowi destrukcji otoczenia, który po raz pierwszy mogliśmy zobaczyć w Red Faction. Oczywiście wersja z Bananzy jest znacznie bardziej rozbudowana i stanowi główny element rozgrywki, a nie tylko miły dodatek.
Sam projekt poziomów w Bananzie jest bardzo staranny i różnorodny. Każda warstwa oferuje coś zupełnie nowego, więc pod tym względem zdecydowanie nie można narzekać. Jeśli chodzi o aspekty czysto graficzne, otrzymaliśmy wyraźny upgrade w porównaniu z ostatnią dużą 3D platformówką od Nintendo. Modele postaci są niezwykle szczegółowe, oświetlenie prezentuje się znakomicie, a shadery (na przykład na metalicznych powierzchniach) są doskonale zaprojektowane.
Niestety, gra nie jest idealna pod względem graficznym. Najsłabszym elementem są zdecydowanie cienie, które pozostawiają wiele do życzenia zarówno w trybie przenośnym, jak i przy użyciu docka. W trybie stacjonarnym gra działa w dynamicznym zakresie rozdzielczości 1552p-1008p, która jest skalowana do 4K. Wersja przenośna oferuje dynamiczny zakres 1080p-648p skalowany do pełnego HD.
Co dziwne, Nintendo nie zdecydowało się na implementację DLSS w Bananzie, wykorzystując połączenie FSR1 i SMAA. Jakość obrazu jest całkiem przyzwoita, ale z DLSS byłaby niewątpliwie znacznie lepsza.
Pod względem optymalizacji również nie jest idealnie. Gra stara się utrzymywać 60 klatek na sekundę, zarówno w trybie przenośnym, jak i w docku. Jednak występują bardzo dziwne sytuacje związane ze spadkami liczby klatek. Czasami wygląda to tak, jakby twórcy celowo zaprogramowali spadki wydajności podczas niektórych czynności.
Przykładowo, gdy zdobędziemy Bananium Gem, liczba klatek spada z 60 do 50 na krótką chwilę. Szczególnie problematyczna jest jedna z walk z bossem, podczas której wydajność spada do stałych 30 klatek na sekundę – i to wyłącznie na czas tej konkretnej walki. Co więcej, niektóre elementy w tej scenie renderują się z jeszcze niższą częstotliwością.
I wreszcie finałowy element – muzyka. Donkey Kong Country od Rare miał jeden z najlepszych soundtracków w historii gamingu. Czy Banzana potrafiła się z nim zrównać? Nieszczególnie, ale niewiele brakowało. Znajdziemy tutaj kilka utworów z Country w nowych aranżacjach, jednak większość ścieżki dźwiękowej jest całkowicie oryginalna i doskonale pasuje do scen, w których jest wykorzystywana.
Na szczególną pochwałę zasługują utwory towarzyszące transformacjom – są niezwykle energetyczne i znacząco podkręcają tempo gry. Za ścieżkę dźwiękową odpowiada Naoto Kubo, kompozytor nowej generacji w Nintendo, związany z firmą od 2013 roku. To on stworzył muzykę do takich tytułów jak Super Mario Odyssey, Captain Toad: Treasure Tracker czy The Legend of Zelda: Majora’s Mask 3D.
Podsumowanie
Donkey Kong Bananza to udany powrót najpopularniejszego goryla w historii gamingu. Bardzo dobry platforming połączony z sporą destrukcją w ładnej oprawie wizualnej to dobry początek na ten powrót i mam nadzieję, że Nintendo dalej będzie używać DK, zamiast zostawiać go na kolejne 10 lat. Oczywiście produkcja nie jest idealna i monotonne walki z bossami, kiepskie momenty optymalizacyjne oraz zmęczenie materiału po dłuższej chwili potrafi się dać we znaki.
Recenzja oparta o wersję gry na Nintendo Switch 2. Kopia gry do recenzji została podarowana przez polskiego dystrybutora Nintendo – ConQuest entertainment.
Pracownik IT porankiem, redaktor popołudniami. Wieloletni gracz, który przyjmuje ciepło każdy gatunek, jeżeli gra daje z siebie wszystko. Oprócz gier chętnie przyjmie dobry film czy komiks.