High on Life – Recenzja

High on Life – Recenzja

59 wyświetleń
0

Co powstanie z połączenia twórcy Rick i Morty’ego Justina Roilanda i studia tworzącego gry? Odpowiedź na to pytanie mogliśmy poniekąd zobaczyć w poprzednich dwóch produkcjach (Będącymi VR-ówkami) studia Squanch Games. Jednakże to ich najnowsze dzieło – High on Life – udowadnia, że można bardziej i mocniej, a także przystępniej. Przynajmniej, jeśli mowa o dostępności sprzętowej.

Rick and Morty: The Game

Jak już wspomniałem we wstępie za produkcje odpowiada Squanch Games, studio developerskie założone przez Justina Roilanda. Już samo to zapala lampkę ostrzegawczą, że będzie się działo. I tak właśnie jest. Takiego natłoku absurdalnego i kloacznego humoru dawno nie widziałem. Ponadto masa jest tu łamania czwartej ściany, co ja osobiście uwielbiam. Jednak za tym wszystkim może kryć się mało wyczuwalny satyryczny i sarkastyczny komentarz na temat nie tylko współczesnej branży growej, ale i obecnych czasów. Jednak wróćmy do groteski, gdyż tej jest tutaj co nie miara.

Pozwólcie, że przybliżę wam zarys fabularny, po którego poznaniu zaczniecie zastanawiać się jakich używek twórca używał w trakcie pisania scenariusza. Więc… Ekhm! Wcielamy się w nastolatka (prawdopodobnie), który zagrywa się w giereczkę i znosi irytującą siostrę. I nagle ziemię atakuje kosmiczny syndykat zła – Kartel G3. Dlaczego? A no dlatego, że ludzie okazują się super drugiem, który najlepiej wsadzić do bonga i wypalić. Wyobraźcie sobie, że my jako ludzkość lądujemy na planecie chodzących pizz. Tak czy owak, szybko znajdujemy broń i zaczynamy zarzynać kosmitów. Ale jest ich cała armia, więc przy pomocy kryształu i mikrofalówki przenosimy się gdzieś hen daleko w kosmos. A właśnie, wspomniałem już, że nasza broń nie tylko gada, ale też jest kosmitą, który strzela pociskami z tyłka? Także przyzwyczajajcie sie, bo każda z sześciu broni jakich przyjdzie nam używać taka będzie. Każda ma swój charakter i coś do powiedzenia. W każdym razie, po trafieniu w kosmos spotykamy bezdomnego kosmicznego menela, który staje się naszym mentorem. I tak też zostajemy łowcą nagród, który niczym Doomslayer przedziera się przez hordy kosmitów, by dorwać oficerów kartelu, a na końcu samego przywódcę. Po drodze napotkamy przeróżnych kosmitów i sytuacje, przez które zaczniemy kwestionować własną poczytalność. Ktoś z was może mi teraz powiedzieć, że jeśli mowa o fabule i gigantycznej ilości chorych, niesmacznych żartów to może być podobna sytuacja do Postala 4, którego skrytykowałem pod tym względem. Nic bardziej mylnego. Tam również był przerost formy nad treścią i zbyt duża ilość kloacznego humoru, jednakże tam był on żenujący. A tu… Tu jest absurdalny, w pokrętny sposób z wyczuciem, a przede wszystkim zabawny. Prawie całą produkcję przeszedłem z uśmiechem na twarzy. Powiem wręcz, że gdyby dodać do tej gry znany z Ricka i Morty’ego pseudo-naukowy bełkot i bohaterów, to bez dwóch zdań byłaby to growa adaptacja. To jest dokładnie ten sam klimat i poziom paskudnych żartów i absurdów. Istna jazda bez trzymanki!

Nic nie ma znaczenia. Życie jest bezcelowe

Moją największą obawą względem High on Life był feeling strzelania, który najłatwiej spierniczyć i uczynić płytkim. Jest to niestety bolączka wielu mniej przyziemnych i realistycznych shooterów. Na szczęście tego elementu tutaj nie spartaczono. Strzelanie do kosmitów jest naprawdę przyjemne. Efekty dźwiękowe i odpadające fragmenty mazi pokrywającej kosmitów dodaje głębi. Niestety nie są na tyle duże i zaawansowane jak w nieocenionym Doomie. High on Life nie było w stanie osiągnąć tej mięsistości i impaktu. A szkoda, bo po pewnym czasie gra staje się bardzo dynamicznym shooterem, w którym nasza mobilność jest niezwykle ważna. Trzeba się ruszać, żeby nie zginąć. Jednak, żeby zginąć trzeba naprawdę nic nie robić. Produkcje przeszedłem na normalnym poziomie trudności i żałuje, że go nie zwiększyłem. Momentami czułem się, jakbym grał na super łatwym poziomie. Chociaż przyznaje bez bicia, że parę razy zdarzyło mi się zginąć w trakcie walk z bossami. Te są natomiast zróżnicowe. Mógłbym je nawet nazwać składanką najlepszych/najpopularniejszych bossów w grach 3D, gdyż to co zobaczymy już wcześniej gdzieś widzieliśmy. Nie zmienia to faktu, że są naprawdę przyjemne. To fakt.

Jeszcze tylko szybko wspomnę o rodzajach kosmitów z jakimi przyjdzie się nam zmierzyć. A w zasadzie to ilością i ich różnorodnością. W głównej mierze walczyć będziemy z kopiuj-wklej członkami kartelu. Tych, nie licząc bosów, jest tak 7-10. Zaczynamy od zwykłych szeregowców, a w trakcie rozgrywki dochodzą nowe rodzaje żołnierzy. Jest to standardowa zagrywka, z której korzysta branża od samego początku. W końcu nikt nie rzuci na ciebie gigantycznego kloca, gdy ty jesteś zwykłym gołodupcem. Mimo to, czułem straszny niedostatek względem różnorodności przeciwników, chociaż ta jak najbardziej występuję.

Każdy rodzaj broni, za wyjątkiem pojebanego noża, można ulepszać. Ulepszenia te kupujemy za zdobytą w trakcie gry walutę w lombardzie znajdującym się w mieście-lobby. Jeśli mam być szczery te ulepszenia zupełnie nic nie dają. Równie dobrze można grę przejść bez nich. Z drugiej jednak strony, kupowanie ulepszeń dla bohatera jest o wiele sensowniejsze. Mówimy tutaj o dodatkowych umiejętnościach, a także większej ilości zdrowia oraz paliwa wykorzystywanego w np. jetpacku. Same poziomy zostały skonstruwane w taki sposób, żeby z początku ograniczać, a później, gdy zdobędziemy nowe umiejętności, dawać całkowitą wolność w eksploracji. Do każdej lokacji możemy wrócić w dowolnym momencie, jeśli akurat nie bierzemy udziału w jakiejś misji. Jednak jest to całkowicie bez sensu, bo każdą lokację odwiedzimy przynajmniej dwa razy. Więc przy ponownych odwiedzinach możemy zebrać to, czego nie zebraliśmy za pierwszym razem. Lokacje są super, ale szkoda, że nie ma ich więcej, a kolejne misje musimy wykonywać po wcześniejszym backtrackingu.

Przyćpane

High on Life nie należy do najładniejszych produkcji. Mimo, że oprawa graficzna jest mocno kreskówkowa to trąci mocno myszką. Muzyka w ogóle się nie wybija. Nie ma żadnego utworu, który zapadłby w pamięć, choć często są psychodeliczne i podkreślające absurd. Sam dźwięk… Cóż, skupia się na tym, by jak najbardziej przedstawić swoją wulgarność. Jeśli mowa o stronie technicznej. Poza paroma błędami graficznymi dotyczącymi ragdolla i wrogów znikających za ścianami, nie mam się do czego przyczepić. Optymalizacja jest w porządku. Stały klatkarz na najwyższych ustawieniach bez żadnych zacięć czy wywałek do pulpitu.

Najnowsza produkcja od Justina Rolanda i jego Squanch Games jest bardzo przyjemna. Pełna obscenicznego humoru, który śmieszy. I chociaż nie popełnia żadnego karygodnego błędu, tak nie wyróżnia się na żadnym polu. To przyjemna gra do przejścia na raz i zapomnienia. Cytując Star Treka: Można nie popełnić żadnego błędu, a i tak przegrać.

PS Nie raz i nie dwa można dokonać ludobójstwa <3

Recenzja oparta o wersję gry na PC (Xbox App)
Recenzent użył kopii gry w ramach subskrypcji
Xbox Game Pass. Specjalne podziękowania dla redaktora Dedazena oraz użytkownika justJess za użyczenie dostępu do subskrypcji.

7.0

Ocena autora

Podsumowanie

Grafika
6.0
Gameplay
8.0
Fabuła
7.5
Muzyka
6.0
Ocena ogólna
6.9
Zalety
  • Absurdalny, krwawy, wulgarny i gówniany humor

  • Gameplay wbrew pozorom całkiem przyjemny

  • NPC, których w pewnym sensie można polubić

Wady
  • Zbyt łatwa na normalnym poziomie trudności

  • Backtracking

  • Nie zachęca do powrotów

Twój adres email nie będzie publikowany. Wymagane pola są oznaczone *