Call of Duty: Modern Warfare II – Recenzja

Call of Duty: Modern Warfare II – Recenzja

105 wyświetleń
0

Jak to jest grać w Call of Duty? Dobrze? Moim zdaniem to nie ma tak, że dobrze albo że nie dobrze. Gdybym miał powiedzieć, co cenię w rynku FPS’ów najbardziej, powiedziałbym, że Battlefield’a. Ekhm… Battlefield’a, który… A wiecie co? Nie chcę mi się robić dalej tego monologu. Jednak jest w nim nieco prawdy. Od zawsze trwała wojna o podium strzelanek pierwszoosobowych między Call of Duty a Battlefield’em. Z tym, że to pierwsze było bardziej dynamiczne, a to drugie nie chcę mówić, że realistyczniejsze, ale na pewno powolniejsze i bardziej otwarte. A przynajmniej tak było jeszcze parę lat temu. Obecnia ta granica coraz bardziej się zaciera. Jednakże jedna rzecz się dla mnie nie zmieniała. CoD’a grałem tylko i wyłącznie dla efektownej kampanii fabularnej. Z kolei Battlefield zawsze stał dla mnie trybem wieloosobowym. Jednak nie da się ukryć, że ta druga marka nieco podupadła w ostatnim czasie. Z poczuciem zdradzenia, postanowiłem wejść całkowicie do obozu Activision, by dać mu szansę na przekonanie mnie do siebie.

Akt 1 – Singleplayer i nowa jakość grafiki

Jak już wspomniałem seria Call of Duty zawsze równała się dla mnie ze świetnymi kampaniami dla pojedynczego gracza. Ta efektowność w stylu Michaela Bay’a i może nie ambitne, ale bardzo przyjemne fabuły były tym co mnie przyciągało i sprawiało masę frajdę. W ten sposób jestem w posiadaniu każdej odsłony CoD’a za wyjątkiem najnowszych Vanguard i Black Ops: Cold War. Pierwsze Modern Warfare (Reboot z 2019) było odświeżeniem w serii. Była to pierwsza tak stonowana i przyziemna, żeby nie mówić najbardziej realistyczna od czasów pierwszych II-wojennych odsłon. Mimo zmiany nastawienia, CoD z 2019 był bardzo udanym FPS’em, który choć w mojej pamięci aż tak nie zapadł, to utrwalił w świadomości jako całkiem przyzwoity pod względem historii. Szkoda więc, że Modern Warfare II okazało się być tak wielkim rozczarowaniem.

Nie znaczy to jednak, że jest to odsłona nieudana. Wręcz przeciwnie. Wystarczyła zaledwie minuta od uruchomienia kampanii, żeby zrobiło mi się mokro. Boże, jak ta gra wygląda przepięknie. To bez dwóch zdań najładniejsza, najrealistyczniejsza i najlepsza pod względem graficznym już nie tylko odsłona CoD’a, ale gra jaką widziałem do tej pory. Cudo! Ostatni raz takiego orgazmu na widok wizualiów dostałem przy zapowiedzi Battlefield’a 3 ponad 10 lat temu. Od tamtego momentu aż do tej pory nie było żadnej gry, która spowodowałaby u mnie takiego opadu szczęki. No właśnie. Kiedyś to seria Battlefield ze swoim Frostbite’em wiodła prym pod względem oprawy graficznej. BF V i 2042 wciąż wyglądają nieźle, jednak okazuje się, że to Call of Duty ostatecznie wyszło na prowadzenie w tej kwestii.

Niestety dalej już nie jest tak dobrze. Jednak zanim przejdę do narzekania od razu pochwalę dwie kolejne rzeczy. Po pierwsze, mimika twarzy bohaterów to najwyższa półka. Nie jestem przekonany jakiej i której konkretnie technologii twórcy użyli, lecz jest fenomenalna. Moim skromnym zdaniem, mimika z legendarnego pod tym względem L.A. Noire może się schować. Dalej, muszę pochwalić to jak zostały zaprojektowane poziomy samej kampanii. Level Design to majstersztyk, nie raz i nie dwa dając nam swobodę działania, co nie jest aż tak oczywiste w dzisiejszych czasach. Tak, cud grafika, świetna mimika i fenomenalnie prezentujące się poziomy. To dla tych właśnie rzeczy kupiłem Playstation 5.

W opozycji do prześlicznej grafiki stoją przerywniki filmowe. Nie wyglądają one najgorzej. O nie! Jednakże wymuszony na nich efekt ziarna, a także nieprzyjemny klatkarz 20-30 fps’ów wywołuje zgrzytanie zębów. Jestem w stanie zrozumieć, że tymi zabiegami autorzy chcieli, by ich produkcja jak najbardziej przypominała film. Czy to dobrze? To już raczej kwestia mocno subiektywna. Mnie osobiście to raziło. Kolejnej rzeczy, której należą się bęcki jest dźwięk. I nie mówię tu o lokalizacji. Bo polski dubbing… Polski dubbing nigdy się nie zmienia i jest beznadziejny. Zmiana na oryginalny angielski jest obowiązkowa. Aczkolwiek nie z tym miałem problem. A przynajmniej nie tylko. Całokształt udźwiękowienia leży i kwiczy. W wielu momentach nie słyszymy w ogóle dialogów. Pojawiają się napisy, ale głosów już nie ma. Znikły chyba w mrocznym bezmiarze przerażającego kosmosu. Momentami myślałem, że jestem za daleko od wypowiadających kwestie postaci (Mimo, że mamy do czynienia z nowoczesną armią, którą stać na komunikatory), ale to nie to. Nawet stojąc obok nich nic nie było słychać. Na szczęście takowe sytuacje zdarzyły się zaledwie w paru misjach. Może to był najzwyczajnieszy w świecie bug? Nie wiem. Jednak to nie wszystko, gdyż muzyki w tej produkcji również za wiele nie uświadczymy. W menu przygrywa nam jakieś bezpłciowe brzdąkanie. W trakcie rozgrywki jest parę ambientów, a nawet normalnie brzmiącej muzyki. Jednak jest jej niesamowicie mało. Większość gry przechodzimy w ciszy. Jesteśmy my, dialogi (Jeśli w ogóle je słychać), krzyki i odgłosy wystrzałów. Najwyraźniej twórcy nie zdawali sobie sprawy z istotności dźwięku, który nierzadko jest istotniejszy od grafiki. Brak muzyki sprawił, że większość efektownych momentów ogrywałem w ciszy przerywanej moimi ziewnięciami. Co mi po wybuchach i akcji, gdy nagle stają się nijakie i puste.

Największe wciry jednak należą się scenariuszowi. Boże kochany, kto to pisał? Zatrudnili młodych studentów za cenę wpisu do CV? Szczerze mówiąc, tak fatalną historię widywałem tylko i wyłącznie w filmach akcji z ocenami na granicy 4-6/10 w serwisach recenzenckich. Bez dwóch zdań Modern Warfare II próbuje być jak film; Blockbuster, na który spokojnie moglibyśmy pójść do kina. Coś w klimatach Toma Clancy’ego. Nie ma w tym nic złego. W końcu poprzednie single Call of Duty szły tą samą drogą. Szkoda tylko, że ten “film” jest kiepsko napisanym filmem. Występuje tu sporo klisz, które nie byłyby czymś złym, gdyby zrobiono je dobrze. A tak, czujemy tylko cringe, od którego człowieka brzuch boli. Wiele rozwiązań fabularnych nie ma sensu i jest sprzecznych z logiką. Jasne, jakiś ciąg fabularny jest. Każda misja prowadzi intuicyjnie do kolejnej. Sęk w tym, że całość jest tak głupia, naiwna i momentami groteskowa, że można oszaleć. To tak, jakbyśmy czytali powieść detektywistyczną, która próbuje być realistyczna i ponad miarę poważna. Jednak pojawiłoby się w niej takowe zdanie: “Wieczorem poprzedniego jutra wyruszyliśmy na piechotę autem pod wodę, by odkryć dawno zaginioną karabin wystrzelił prosto we mnie, ale ja wysiadłem z auta, a następnie Mike zjadł gofra, który okazał się być Shrekiem z dna koloru nie z tego świata, który nas zabił, ale przeżyliśmy”. Powiedzcie mi, co czujecie po przeczytaniu tego zdania? Cokolwiek nie odpowiecie, ja to czułem w trakcie doświadczania fabuły Modern Warfare II.

To nie wszystko. We need to go deeper. Fabuła jest naiwna do tego stopnia, że daje nam zbyt mocny podział na biel i czerń. My, protagoniści jesteśmy dobrzy, szlachetni i wspaniali. Ci drudzy? Psychole! Zbrodniarze Wojenni! Bestie! Gra nawet nie bawi się w danie nam jakichkolwiek pozorów tła i głębi bohaterom oraz stronom konfliktu. Pozwolę sobie na mały spoiler, który powinien być oczywisty dla tych, którzy pamiętają pierwotne Modern Warfare 2 z 2009 roku. Jeśli dobrze pamiętacie doświadczyliśmy tam zdrady, która została nam graczom na zawsze w pamięci. Tutaj też takowa się zdarza, jednakże nie powiem przez kogo i w jakich okolicznościach. Powiem wam jednak, jak ona mniej więcej wygląda. Załóżmy, że kapitan Price jest tym, który zdradzi. Price’a znamy wszyscy. To świetny żołnierz, którego charakter stoi honorem i szlachetnością. I powiedzmy, że nagle zmienia strony. Jak twórcy to nam pokazują? Ten wspaniały człowiek z dupy staje się świrem, zbrodniarzem wojennym i sadystą, któremu staje na widok mordowanych dzieci. O tak! Ktoś przechodzący na drugą stronę staje się nagle potworem bez skrupułów. A gdzie tło? Gdzie podstawy? Chyba odleciały w kosmos razem odgłosami dialogów.

Uff… Pozwólcie, że nieco ochłonę mówiąc o czymś, co nie zostało aż tak zmasakrowane, chociaż cudem game developingu też nie jest. Misji fabularnych mamy 17-18 (w zależności od tego jak je liczymy). Każda próbuje oferować coś innego. To się chwali. Zawsze to jakaś odskocznia od kilku godzin chodzenia przez korytarze i strzelania do tych samych wrogów. Niestety nie dostajemy tu nic nowego i odkrywczego. Bardziej bym powiedział, że wszystkie misje to składanka smerfnych hitów. Mam tu na myśli to, że singleplayer jest zbiorem najlepszych misji ze wszystkich odsłon. Czy doświadczymy tutaj kopii legendarnej misji w Prypeci z CoD 4? Tak. Dano w nasze ręce misję z dronem? Yup. Swoją drogą jest ona super przyjemna. Równanie budynków z powierzchnią ziemi dawno nie było tak przyjemnie. Ale wyliczajmy dalej. Misja skradankowa bez jakiegokolwiek wyposażenia? Check. Walka na platformie wiertniczej/statku w deszczu? Check… W każdym razie widzicie już do czego zmierzam. Jednak żeby nie było Modern Warfare II wprowadziło dwa nowe elementy. Pierwszym są, uwaga…! Opcje dialogowe. Tak. Nagle ni stąd, ni z owąd pojawiło się koło wyboru kwestii dialogowych. Byłem tym tak zaskoczony, że aż musiałem zapauzować grę i przetrawić tę wiadomość. Najlepsze jest to, że pojawiło się to zupełnie nagle w połowie fabuły, a później powróciło zaledwie parę razy. Czy cokolwiek to koło dialogowe wniosło? Zupełnie nic. Czy było potrzebne? Absolutnie nie. Inną nową mechanikę jest crafting. W pewnym momencie musimy zbierać składniki i tworzyć przedmioty. Fajnie, fajnie… Tylko i koło dialogowe, i możliwość craftingu są mechanikami, które u swoich podstaw powinny pojawiać się przez całą grę, a nie w pojedynczych misjach na chwilę. To nie są misje z dronami czy skradankowe, które mają być przerywnikiem od normalnego pif paf.

Suma sumarum, pomijając kwestię kiepskiego scenariopisarstwa tryb dla pojedynczego gracza jest miałki, bez polotu i jakiegokolwiek charakteru. Super, że mamy kopię najlepszych misji. Fajnie się w nie grało. Ale to wszystko już widzieliśmy w o wiele lepszych odsłonach tej serii. Być może niektórzy z was znają i pamiętają takie zapomniane FPS’y jak Medal of Honor (2010) i Medal of Honor: Warfighter. Modern Warfare II stoi na dokładnie tym samym poziomie. Nie posiada własnej tożsamości i nie ma niczego za co mogłoby być zapamiętane. Jeśli chcecie zagrać w porządną kampanię fabularną polecam wrócić do pierwotnej trylogii Modern Warfare oraz Black Ops.

Akt 2 – Multiplayer i spółka

Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, że zdecydowana większość graczy nie jest taka jak ja i kupuje praktycznie co roku Call of Duty tylko i wyłącznie dla trybu wieloosobowego. Z obowiązku recenzenckiego również postanowiłem je sprawdzić. I od razu muszę się przyznać, że skłamałem na początku, ponieważ w mojej przeszłości było jedno Call of Duty, które przyciągnęło mnie do siebie swoim multiplayerem na wiele długich godzin. Mam tutaj na myśli świetne Black Ops III, w którym zatraciłem się na ponad sto godzin. Oczywiście nie możemy porównywać bezpośrednio obu tych tytułów. W końcu jeden stawia na przyziemną akcję, drugi natomiast na nieco bardziej… kosmiczną? W każdym razie, pomimo tych różnic trzon gameplay’u się nie zmienia i od lat jest taki sam. Czy to dobrze? Dla starych wyjadaczy jak najbardziej.

W małej przerwie pomiędzy akapitami wspomnę tylko, że gra posiada tryb kooperacji dla dwóch graczy składający się z trzech misji. Są one przyjemne, jednak nie zmienia to faktu, że są zaledwie nic nie znaczącym dodatkiem. O trybie Warzone 2.0, czyli Battle Royale wspominać nie zamierzam, bo jest to całkowicie odrębny moduł traktowany niczym osobna gra.

Z jednej strony, tryb multiplayer oferuje nam bardziej otwartą rozgrywkę z większymi mapami i pojazdami, co dla mnie jako fana rozgrywki w stylu Battlefield’a bardzo cieszy. Z drugiej, mamy standardowo mniejsze, ciaśniejsze mapki nastawione na nieco bardziej dynamiczną akcję. Tryby to klasyki: team deathmatch, free-for-all, search nad destroy, kill confirmed, domination, i kilka innych. Nic nowego. Gra się tak samo jak we wcześniejsze odsłony. MWII podobnie do poprzedniczek sprawia tyle samo frajdy, ale też nienawiści względem osób, które grają 24h/dobę od pierwszej minuty premiery, gdyż samemu jest się przejezdnym noobem. Mamy operatorów do wyboru, możemy tworzyć własne wyposażenie, edytować pojazdy, dostosowywać własne killstreaki itd. Chodzi mi o to, że mamy tu do czynienia ze starym CoD’em w nowych szatach. Grało się naprawdę przyjemnie, więc wierzę, że starzy wyjadacze poczują się tu jak w domu. Osobiście po kilkunastu godzinach spędzonych w trybie wieloosobowym nie czuję potrzeby spędzania w nim więcej czasu. Nie dlatego, że nie oferuje żadnej zawartości, gdyż tej w rzeczywistości jest od groma. Broni, umiejętności, operatorów, dodatków jest naprawdę dużo do odblokowania. Co więcej na tym zawartość się nie kończy. W skrócie, jest co robić. Osoby lubujące się w maksowaniu gier, a w szczególności CoD’ów spędzą w MWII wiele długich godzin.

Akt 3 – A kto to, panu, tak spie*****ł?

Technicznie mogliśmy już zmierzać do końca i podsumowania recenzji, jednak nie możemy. Na drodze stoją nam dwa elementy, o których muszę wspomnieć.

Pierwszym jest interfejs użytkownika, czyli menu. Nie mam pojęcia, kto to zaprojektował, ale zawalił sprawę całkowicie. Na pozór wszystko wygląda w porządku. Ale tak, to tylko pozór. Tak nieprzyjemnego, nieintuicyjnego i paskudnego interfejsu dawno nie widziałem. Zresztą możecie przyjrzeć się jego części na obrazku poniżej.

Naprawdę potrzebowałem dłuższej chwili, żeby odnaleźć się w tym wszystkim. Na pozór wygląda czysto i uporządkowanie. Tak nie jest. Jest to jeden z tych obrazków, którym im dłużej się przyglądasz tym więcej odnajdujesz rzeczy, które są nie tak. Porozdzielanie każdego jednego elementu na kafelki to błąd, który utrdnia nawigowanie i próbę odnalezienia tego, czego szukamy. Czy mówimy o interesujących nas trybach multiplayer, czy samej kampanii dla jednego gracza. Zakładki z bronią i operatorami są nieco bardziej intuicyjne, jednakże paskuda w ich design’ie zmniejsza czytelność i przyjemność w ich przeglądaniu.

A teraz cofnijmy się do samego początku. Do momentu, w którym odebrałem płytę z grą na Playstation 5. Płytę, która jest bezczelnym żartem, a być może już zwykłem napluciem w twarz gracza. Co z płytą jest nie tak? A to, że zawiera ona zaledwie launcher ważący 70mb. Nie ma na niej ani bita gry. Całość i tak musimy ściągnąć z internetu. Rozumiem, że w dzisiejszych czasach szybkie łączę internetowe nie jest problemem. Jednak jaki jest w takim razie sens posiadania płyty? Czy nie lepiej byłoby w pudełku dać kod do pobrania, jak to jest w przypadku niektórych produkcji? Kupując płytę mamy nadzieje na to, by gra się na niej znajdowała. Oczywiście po jej zainstalowaniu zostanie ściągnięte kilka dodatkowych giga. To normalne. Jednakże ściąganie całej gry? To przesada. Jeszcze zaakceptowałbym ten fakt, gdybyśmy mogli grać bez płyty w napędzie. Niestety musimy mieć ten ‘launcher’ cały czas włożony. Dla mnie to jeden wielki niesmaczny żart.

A no właśnie, ściąganie gry. Kolejny problem, jaki mam z tą produkcją. Po pobraniu okazuje się, że nie wszystko jest… pobrane. Rozumiem, że pobieranie tylko nas interesujących modułów to nie jest nic nowego w serii. Wiadomo, nie każdy chcę mieć ściągnięty Co-op oraz kampanię, skoro gra tylko w multi. Po co więc marnować miejsce na nie? Jednak byłoby bardzo miło, gdyby przy tym przymusowym pobieraniu była opcja co chcemy ściągnąć. Jednak tego nie ma. Wyobraźcie sobie, ściągnęło się to przeklęte 50gb, klikam Nowa Gra i co? I gra mi mówi, że muszę pobrać kilkanaście giga dodatkowych plików. Trochę się wnerwiłem, ale ok. Poczekałem, pobrało się, klikam Nowa Gra i… czytam, że muszę pobrać drugą część plików kampanii. Boże kochany! Co jest nie tak z tymi twórcami!? Koniec końców, żeby zobaczyć początek gry musiałem spędzić około 1,5 godziny na samo jej uruchamianie. A bo tak, zapomniałem wspomnieć. Po uruchomieniu musimy przeczytać 10 licencji. Następnie zalogować się do logowania innego logowania, by później jeszcze zalogować się gry. Następnie mamy dwa ekrany z informacjami, plus reklamy. A dalej co? A dalej wymusza od razu ściągnięcie dodatkowych 5gb trybu wieloosobowego. Bo oczywiście nic nie mogło być ściągnięte od razu.

To jest nieporozumienie!

CoD… CoD never changes

Koniec końców Call of Duty nigdy się nie zmienia. Pozwolę sobie przyrównać je do serii piłkarskiej FIFA. Może wydawać się, że nic nie łaczy tych dwóch marek. W końcu jedna to FPS militarny, a drugi – piłka nożna. Nic bardziej błędnego. Co roku dostajemy to samo, a ludzie tworzą nowe rekordy sprzedaży. Nie zrozumcie mnie źle, bo mimo wszystko dobrze bawiłem się z tegorocznym Modern Warfare II. Jasne, fabuła ssie, sama gra nie oferuje kompletnie nic nowego, a jutro nawet nie będę pamiętał o jej istnieniu. Ale! Bawiłem się nieźle, jak przy każdym innym CoD’zie. Twórcy pomimo kilku potknięć wciąż korzystają ze sprawdzonej formuły, która zadziałała i tym razem. Ostatecznie, cokolwiek bym nie powiedział to niczego nie zmieni. Call of Duty to już tak pewna marka, że ci którzy mają ją kupić, zrobią to. A pozostali przejdą obojętne albo co najwyżej z ciekawości sprawdzą.

Niestety MWII nie obyło się bez błędów graficznych

Recenzja oparta o wersję gry na PlayStation 5.
Recenzent zakupił grę do recenzji osobiście. Za 350zł. Niestety. He’s never gonna financially recover from this.

7.0

Ocena autora

Podsumowanie

Grafika
10.0
Gameplay
8.0
Fabuła
3.0
Optymalizacja
6.0
Ocena ogólna
7.0
Zalety
  • Przepiękna oprawa graficzna

  • Natłok zawartości

  • Bezpieczna odsłona...

Wady
  • ...ZBYT bezpieczna odsłona

  • Autorów fabuły powinno się ponownie wysłać do szkoły dla scenarzystów

  • Sporadyczne błędy

  • Udźwiękowienie leży i kwiczy

Komentarze

Twój adres email nie będzie publikowany. Wymagane pola są oznaczone *