Metal: Hellsinger – Recenzja

Metal: Hellsinger – Recenzja

12 wyświetleń
0

Gdy zobaczyłem po raz pierwszy zwiastun już wtedy wiedziałem, że nie odpuszczę sobie tego tytułu. Nie musiałem śledzić żadnych informacji, bo gameplay rodem wzięty z BPM: Bullets Per Minute z klimatami mojego ukochanego DOOM’a (2016) były wystarczającymi powodami, żeby kupić mnie całkowicie. I szczerze? Tak też byłem przekonany, że Metal: Hellsinger będzie klonem BPM: Bullets Per Minute. Z tą różnicą, że w tle będzie przygrywać nam muzyka metalowa. Myliłem się. To nie rogalik, a liniowy shooter ze świetną mechaniką i jeszcze lepszą muzyką. Od porównań nie uciekniemy, więc miejmy przynajmniej jedno z głowy. Metal: Hellsinger jest jak dziecko spłodzone przez DOOM’a i BPM: Bullets Per Minute. Jednak to wciąż dziecko. Nawet jeśli to genialne dziecko, które zrobiło doktorat w wieku 6 lat. Do pełnej dorosłości wciąż trochę brakuje.

Jestem zagładą!

Wcielamy się w postać demonicy, która zstępuje do piekła, by odzyskać swój głos. Niczym w DOOM’ie stajemy się chodzącą zagładą. Przedzieramy się przez piekło niczym niepowstrzymana siła natury. Diabły i demony boją się nas. Sędzina, która jest główną antagonistką i jedną z potężniejszych istot w piekle co rusz rzuca nam kłody pod nogi. Wysyła na nas najpotężniejsze demony i nie raz, i nie dwa w obawie przed nami sięga po najdrastyczniejsze i najbardziej kosztowne metody.

Metal: Hellsinger jest zaskakująco krótki. Całość można przejść nawet w trzy godziny. Dla graczy przygotowano dziewięć poziomów łącznie z samouczkiem. Każdy składa się z wielu aren, na których będziemy ścierać się z pomiotami piekielnymi. Na końcu poziomów czeka na nas starcie z bossem. Niestety wobec nich mam mieszane uczucia. Wszyscy bossowie to inkarnacje Sędziny, dlatego też wyglądają tak samo. Ma to swój urok i sens fabularny, ale można by to rozwiązać inaczej. Na przykład dając różnorodnych przeciwników, których umysły są przejmowane przez naszą nemesis. Warto jednak zauważyć, że każda inkarnacja Sędziny ma inne zestawy ataków, a ostateczne areny często próbują zrobić nam kuku.

Rzeczą, o której nie mogę nie wspomnieć są same poziomy. Jak już wspomniałem składają się praktycznie z samych aren. Stylistyką natomiast przypominają krajobrazy wyjęte wprost z DOOM’a i DOOM’a Eternal. Gdyby usunąć HUD niejeden gracz miałby problem z odróżnieniem Hellsingera od arcydzieła spod rąk ID Software. Jest jednak pewna różnica. W Hellsingerze poziomy są niczym sceny koncertów metalowych. Wszystkie efekty jakie widzimy – ogień, Power Up’y etc. reagują do rytmu muzyki. Jakby tego było mało w menu wyborów poziomów, ich plansze przywodzą na myśl okładki płyt.

Po ukończeniu danego poziomu odblokowują nam się trzy Udręki. Są to areny z wyzwaniami, po których ukończeniu otrzymujemy Pieczęci. Czym one są? W dużym skrócie są małym wsparciem w trakcie gry. Między innymi niektóre pozwalają nam zachować kombo rytmu, gdyby nam coś nie wyszło. Inne dodają parę darmowych pocisków po zmianie broni. Jednocześnie możemy mieć nałożone dwie Pieczęci. Jednak nie są one wymagane do ukończenia produkcji ani nie ułatwiają zabawę jakoś bardzo. Oprócz sześciu pierwszych Udręk reszte ukończyłem dopiero po napisach końcowych. Zestaw narzędzi mordu jaki oddano w nasze ręce jest dosyć ubogi. Mamy czaszkę, która jest odpowiednikiem podstawowego pistoletu, a także miecz do walki w zwarciu, strzelbę, dwa rewolwery, kuszę z wybuchowymi bełtami, jak również krucze ostrza działające jak boomerangi. Broń jest na tyle różnorodna, że każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Efekt BPM

Jakiś czas temu napisałem artykuł, w którym omawiałem Efekt BPM, będący w rzeczywistości wariacją Efektu Tetrisa. Polegać on miałby na tym, że rytm gry angażuje nas tak bardzo, że zostaje on z nami jeszcze przez jakąś chwilę po wyłączeniu gry. Z wielką radością oznajmiam, iż dzięki Metal: Hellsingerowi jesteśmy w stanie odczuć rzeczony Efekt. Gameplay jest niesamowicie przyjemny i satysfakcjonujący, a mechanika strzelania do rytmu sprawdza się tu fenomenalnie. To wszystko sprawia, że przez całe trzy godziny rozgrywki nie nudzimy się pomimo skromnego wachlarza broni, małej różnorodności przeciwników i ciągłych aren bez bardziej urozmaiconych przerw. Jeśli mieliście okazje zagrać w BPM: Bullets Per Minute, to pod względem mechaniki poczujecie się jak w domu.

Mówiąc o Hellsingerze nie możemy zapomnieć o fenomenalnej metalowej muzyce. W młodości każdy miał taki okres przynależności do danych grup rówieśników. Moją byli metalowcy. I choć ten okres minął już bardzo dawno temu, a mój obecny gust muzyczny obejmuje wszystkie gatunki, to wciąż uwielbiam wracać do wspaniałego metalu. Czułem się fenomenalnie mogąc mordować diabelskie maszkarony do rytmu mocnej muzyki. Tym bardziej, że jednym z wykonawców był Serj Tankian wykonalista uwielbianego przeze mnie przez długi okres czasu zespołu System of a Down. Czy wszyscy muzycy poradzili sobie z postawionym przed nimi zadaniem. Śmiem twierdzić, że tak! Jak najbardziej! Jeszcze jak! Co wiecej już teraz wiem, że za jakiś czas Metal: Hellsinger zawita w serii Legendarnych Soundtracków, gdyż… bez dwóch zdań jest to muzyka legendarna. A jeśli nawet nie, to z pewnością epicka.

Niestety osoby, które nienawidzą metalu i uważają ten gatunek za jeden wielki harmider, często za satanistyczny, powinny trzymać się od tej produkcji z daleka. Jednak to jest raczej oczywiste. Tytuł gry zobowiązuje. Jedyny problem jaki mogę mieć z mechaniką i muzyką to taki, że czasami zdarzało mi sie zgubić rytm, a ponowne wejście w niego zabierało mi sekundę lub dwie, na czym cierpiała płynność rozgrywki.

Piekielnie dobra!

Zbliżając się ku końcowi trzeba tradyjnie poruszyć jeszcze dwa tematy – oprawę graficzną i optymalizację. Z oczywistych powodów muzykę pominę, gdyż wypowiedziałem się na jej temat wystarczająco. Więc jak to jest ze stroną techniczną? Optymalizacja stoi na najwyższym poziomie. Na mojej konfiguracji sprzętowej nie miałem spadku klatkarzu poniżej 144 FPS w 1080p i wszystkimi suwaczkami ustawionymi maksymalnie na prawo. Wszystkie efekty (m.in. ognia) i animacje są płynne i bezproblemowe. Ponadto nie napotkałem się na ani jednego babola technicznego. Gra działa wyśmienicie!

A jak z tą grafiką? Jest trochę nierówno. Z jednej strony niektóre lokacje i miejsca wyglądają jakby żywcem wyjęte z początku lat 10. XXI wieku. Nie są zbyt piękne. Jednakże! Z drugiej strony, istnieje wiele miejsc, w których oprawa wizualna błyszczy i pokazuje, że nie musi stać w tyle za produkcjami AAA. Broń, modele przeciwników, a w szczególności głównej bohaterki wyglądają po prostu rewelacyjnie!

Suma sumarum jestem w stanie polecić Metal: Hellsingera pomimo wysokiej ceny, która waha się od 110zł na Steamie aż po 185zł w sklepie Xbox’owym. Natomiast posiadacze subskrypcji Xbox Game Pass mogą sprawdzić grę bez dodatkowych opłat. Pomijając kwestię abonamentu podstawowa cena jest zbyt wysoka jak za długość gry, a także zawartość jaką oferuję. Jednakże mimo to warto się skusić. Uwielbiacie DOOM’a albo BPM: Bullets Per Minute i metal? Nie radzę się zastanawiać, a kupować. Ja bawiłem się fenomenalnie i z pewnością jeszcze nie raz wrócę do tej produkcji.

Recenzja oparta o wersję gry na platformie PC.
Wykorzystana do recenzji kopia g
ry zawarta była w abonamencie Xbox Game Pass.

8.5

Ocena autora

Podsumowanie

Grafika
8.0
Gameplay
9.0
Fabuła
8.5
Muzyka
10.0
Ocena ogólna
8.5
Zalety
  • Świetna muzyka.

  • Satysfakcjonujący gameplay.

  • Poziomy to zasadniczo efektowne sceny koncertowe.

Wady
  • Skandalicznie krótka!

  • Mogłaby mieć więcej zawartości.

  • Czasami ciężko dostosować się do rytmu.

Twój adres email nie będzie publikowany. Wymagane pola są oznaczone *